Tagged: Dick Philip K.

mar 29

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki”

5/5 - (1 vote)
Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - okładka

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – okładka

Tytuł oryginału: The Cosmic Puppets

Rok wydania oryginału: 1957

Przekład: Ryszard Fiejek

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1988

Miejsce wydania: Warszawa

Liczba stron: 140

Druk: STUDRUK W-wa. Zam. 11/88

Nakład: 100 egzemplarzy (deklarowany)

I znowu Dick może ktoś powie. No, cóż, Dick to mój ulubiony pisarz. I pewnie dlatego poleciłem tę książkę… Ale od początku. Pamiętam, jak ojciec widząc, że czytam inną literaturę niż on, chciał poczytać co ja czytam. Dałem mu właśnie Kosmiczne marionetki. Wczoraj przeczytałem tę książkę ponownie i nie wiem czemu. Może wtedy widziałem w tej krótkiej powieści coś więcej niż dzisiaj, ale pewnie właśnie dlatego poleciłem tę książkę, że Dick to mój ulubiony pisarz.

Książka w edycji klubowej (były też dwa wydania oficjalne) jest łatwo dostępna – na samym Allegro jest w tej chwili sześć egzemplarzy – najtańszy za 70,83 zł, najdroższy za 99,90 zł.

Piszę „były też dwa wydania oficjalne”, a to też jest jakby oficjalne. Nikt się z nim nie ukrywał, była nawet recenzja w legalnie wydawanym piśmie[1]:
Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - recenzja z Fikcji

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – recenzja z Fikcji

Trochę mnie dziwią wypowiedzi w książce Artura Nowakowskiego „Klubówkowe szaleństwo” o tym, że bano się „dekonspiracji” ruchu wydawniczego klubówek:

Do zdemaskowania klubowej działalności wydawniczej doszło dwa razy: w okolicach roku 1985 i drugi raz jakieś trzy lata później, w jednym i drugim przypadku z udziałem środowisk warszawskich.[2]

Wydania bazarowe oceniano źle również z tego powodu, iż rodziły zbyteczne zainteresowanie przypadkowych osób […]. Istnieje poza tym przekonanie, że odkrycie przez władze nielegalnego procederu wydawania i dystrybucji klubówek spowodowały właśnie bazarowe edycje fantastyki. Właściwie trudno z tym dyskutować: gdyby zostawić trzeci obieg w granicach fandomu, byłoby mniejsze niebezpieczeństwo rozpoznania go i wyłapania przez władze. Według tych samych przekonań, przy drugiej z tak zwanych wpadek (w okolicach roku 1987) winę ponosiła już nie tylko Warszawa, ale także środowiska poznańskie.[3]

Ale Panowie, o czym tu mowa? Sami dekonspirowaliście swoje wydawnictwa, skoro w legalnie wydawanych czasopismach o tych książkach pisaliście.

A dzięki bazarowym edycjom fantastyki ja (oraz tysiące innych) miałem szerszy kontakt ze światową fantastyką. Skra, a nie kluby, to było moje okno na świat. W klubach dostęp do fantastyki na pewno nie był dla wszystkich. Byłem dwa razy na klubowych spotkaniach przy Grójeckiej i książek tam nie uświadczyłem. Pytałem. Był jakiś wykład, a później gry fabularne.

Ale może chodzi o to, że władza przymykała oko na małe nakłady, a bano się, że jak będą duże to to ukróci.

Wracając do Kosmicznych marionetek, w swojej recenzji tej książki tak entuzjastyczny jak Romuald Pawlak bym nie był. Książka się świetnie zaczyna, jest typowy dickowski klimat, że rzeczy nie są takimi jak się wydają, ale końcówka mocno rozczarowuje.

Ted Barton, przed laty wyjechawszy się z Millgate w Wirginii, wraca tam z żoną Peg, by zastać swoje rodzinne miasteczko dziwacznie, niemal chorobliwie odmienione. Układ ulic, charakterystyczne budynki – nic nie zgadza się z jego wspomnieniami, a sami mieszkańcy żyją w ślepej, otępiałej nieświadomości tej sprzecznej z ich własnym istnieniem przeszłości. Peg, nie potrafiąc znieść rosnącej obsesji męża na punkcie tego miejsca, porzuca go, podczas gdy on zapuszcza się coraz głębiej w trzewia obcego miasta.

Gdzieś na ulicach tego fałszywego Millgate, Barton napotyka troje przychylnych mu tubylców: doktora Meade’a, lekarza rodzinnego, jego córkę, Mary, oraz Williama Christophera, miejscowego pijaczka. Jednak wokół Mary krąży jej złowrogi rewers – Peter Trilling, zwodniczo niepozorny dzieciak właścicielki tutejszego pensjonatu. Kiedy ucieczka z miasteczka okazuje się ostatecznie niemożliwa, a jedyną drogę wyjazdową blokuje zakleszczona, niczym w absurdalnym koszmarze, ciężarówka z drewnem, Barton poznaje miejscowego pijaka –  Christophera – który jako jedyny pamięta wymazaną przeszłość.

Christopher wspomina incydent zwany „Zmianą”, anomalię sprzed osiemnastu lat, która nastąpiła krótko po tym, jak Barton wyjechał. W swoim prawdziwym życiu Christopher był elektrykiem; teraz desperacko próbuje przywrócić ukrytą matrycę rzeczywistości Millgate. Doktor Meade i Mary zdają się dążyć do tego samego. Szybko wychodzi na jaw, że pacjenci z „Domu Cieni” Meade’a to w istocie „Wędrowcy” – eteryczne, odcieleśnione echa dawnych mieszkańców wymazanego miasta, potrafiące komunikować się z Mary i nielicznymi wybranymi. Kiedy Barton ze zgrozą i fascynacją odkrywa, że potrafi siłą woli cofać przedmioty do ich pierwotnej formy – odtwarzając nawet wymazany z istnienia park – Mary ujawnia, że i ona jest w pełni świadoma Przemiany oraz iluzji, w której tkwią.

Mary i Peter uwikłani są w cichą, nadnaturalną wojnę zastępczą, toczoną w ukryciu przed wzrokiem śmiertelników. Ona ma do dyspozycji potęgę natury: pszczoły, ćmy, koty i muchy; on rzuca do walki kreatury z koszmarów – pająki, węże, szczury i bezduszne golemy. Gdy makabryczni słudzy Petera rzekomo mordują Mary, nawet ten szokujący akt nie wystarcza, by wyrwać doktora Meade’a z otępiającej, bezpiecznej iluzji jego ludzkiej powłoki. Nad klaustrofobicznym Millgate pochylają się jednak dwa monstrualne, kosmiczne byty. Barton uświadamia sobie, że Meade jest jednym z nich, w tym samym momencie, gdy Peter Trilling zrzuca ludzką maskę, obnażając swoją prawdziwą, złośliwą, boską naturę. Bestie Trillinga atakują Bartona, Christophera i Wędrowców, lecz ofensywa załamuje się, gdy Meade wreszcie przypomina sobie, kim jest, i ponownie przyobleka się w swój boski majestat.

W wielkim finale Millgate staje się epicentrum starcia dwóch bliźniaczych, choć diametralnie przeciwstawnych demiurgów zaczerpniętych prosto z zurwanizmu: Arymana („ducha zniszczenia”) i Ormuzda („stwórcy”). Gdy Ormuzd ostatecznie odnosi triumf, Mary ujawnia swoją tożsamość; jest w istocie mesjańską córką stwórcy, Armaiti. To ona pociągała za sznurki, planując zarówno wygnanie, jak i powrót Bartona, chłodno kalkulując moment, w którym będzie można rozedrzeć fałszywą tkankę iluzji Arymana. Dawne Millgate znów krzepnie, odzyskując swoją materialność. Christopher potulnie wraca do zawodu elektryka, a litościwa amnezja wymazuje z jego umysłu pamięć o Przemianie. Barton wyjeżdża, zostawiając za sobą miasto, któremu właśnie przywrócił jego „prawdziwą” naturę.

I jak zwykle na koniec – zdjęcia omawianej książki.

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - strona tytułowa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – strona tytułowa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - strona redakcyjna

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – strona redakcyjna

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - pierwsza strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – pierwsza strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - ostatnia strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – ostatnia strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - grzbiet książki

Kosmiczne marionetki – grzbiet

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - czwarta strona okładki

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – czwarta strona okładki

Tę klubówkę mam też w twardej oprawie – kupiłem ją 12 lat temu za 8 zł (od tej samej osoby co Gwiezdnego łowcę).

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - twarda oprawa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – twarda oprawa

Jeśli chcecie się podzielić swoimi uwagami – piszcie.


[1] Romuald Pawlak, Nowy, wspaniały Dick, „Fikcje” 1987, nr 11 (49), s. 28

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 55

[3] Ibidem, s. 74

0
comments

mar 15

Philip K. Dick „Kolonia”

5/5 - (1 vote)
Philip K. Dick „Kolonia” - okładka

Philip K. Dick „Kolonia” – okładka

Tytuł oryginału: Colony

Rok wydania oryginału: 1953

Przekład: nieznany

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1985[1]

Miejsce wydania: Białystok[2]

Liczba stron: 32 (wydanie zeszytowe)

Właśnie kupiłem ten zeszyt i w przeliczeniu na stronę była to najdrożej kupiona przeze mnie książka w życiu. Zapłaciłem 155 zł za 32 strony, czyli wychodzi blisko 5 zł za stronę, 10 zł za kartkę. Kupiłem jednak oryginał, bo na Allegro dostępna też była (i jest) kopia w cenie 109,76 zł. To, że to kopia widać po zdjęciu – papier jest biały i są na nim skserowane z oryginału kropki i plamki. Kserowanie klubówek pod koniec lat osiemdziesiątych było zjawiskiem powszechnym – kiedy oryginały się kończyły to na bazary (np. na Skrę) trafiały kopie.

Philip K. Dick „Kolonia” - kserówka

Philip K. Dick „Kolonia” – kserówka

Niektórzy „producenci” tych kserówek mieli problem z ich złożeniem – skopiować kartki było im łatwo, ale już z połączeniem tych kartek mieli pod górkę. Pamiętam swój pierwszy egzemplarz Oka na niebie Dicka, który, żeby przyzwoicie wyglądał, rozłożyłem i złożyłem ponownie – już równo. Ale niektórzy byli całkiem profesjonalni – i kserówki dla niewprawnego oka niewiele się różniły od oryginałów – najczęściej tylko kolorem okładki (chociaż i kserówki potrafiły mieć kolorowe okładki), a czasami też inną ilustracją na okładce.

Philip K. Dick „Kolonia” – rekord BN

Książka znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej – jednak w jej katalogu nie ma informacji o wydawcy.

W egzemplarzu, który dostałem znalazłem stary paragon – i wynika z niego, że poprzedni właściciel kupił tę książkę 20 lat temu za 15 zł. Ja dałem teraz 155 zł, więc niektórzy sprzedawcy na Allegro pisząc, że zakup klubówki to dobra inwestycja mają trochę racji. Oczywiście, klubówka klubówce nierówna.

Philip K. Dick „Kolonia” - paragon

Philip K. Dick „Kolonia” – paragon

Ta pochodzi z roku 1985 i była warta swojej ceny. Jest to pierwsze wydanie tego opowiadania w Polsce. W późniejszych latach opowiadanie Kolonia było wielokrotnie publikowane w różnych zbiorach opowiadań:

  1. „Nowa Fantastyka” 1997, nr 11 (182) – przekład opowiadania Kolonia Anna Kejna
  2. Philip K. Dick, Philip K. Dick – opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 1998  – przekład Tomasz Olijasz.
  3. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998 – przekład Anna Kejna.
  4. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000 (oprawa twarda) – przekład Anna Kejna.
  5. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Rebis, Poznań 2014  (oprawa twarda z obwolutą) – przekład Tomasz Olijasz
  6. Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2021 – przekład Tomasz Olijasz.
  7. Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2025 – przekład Tomasz Olijasz.

I jest jeszcze klubówka Obsesje z roku 1990, o której pisać będę za jakiś czas.

Nie jest mi znany autor tego tłumaczenia z 1985 roku, ale sam przekład jest dobry — w przeciwieństwie do tłumaczenia Anny Kejny, które czytałem jako pierwsze. Już w pierwszych zdaniach widać między nimi duże różnice.

W jednym tłumaczeniu jest[3]:

Major Lawrence Hall pochylił się nad mikroskopem i ustawił ostrość.
– Ciekawe – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy tu od trzech tygodni i do tej pory nie natrafiliśmy na szkodliwe formy życia. – Porucznik Friendly ostrożnie przysiadł na krawędzi stołu. – Co to za miejsce? Ani zarazków chorobotwórczych, ani wszy, much, szczurów czy…

A w drugim[4]:

Major Lawrence Hall pochylił się nad podwójnym okularem mikroskopu regulując ostrość.
– Interesujące – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy już trzy tygodnie na tej planecie i jak dotąd nie znaleźliśmy żadnej niebezpiecznej formy życia. – Porucznik Friendly usiadł na brzegu stołu starając się nie potrącić naczyń do hodowli bakterii. – Co to za miejsce? Żadnych zarazków chorobotwórczych, wszy, much ani…

W którym z nich nie ma w klimatu prozy Dicka? Oczywiście, w wydaniu pani Anny. Nie brakuje wam tu tych dickowskich szczegółów? Mi brakuje. Ale nie chodzi tylko o szczegóły „dickowskie”, ale po prostu szczegóły – po przeczytaniu jednego tłumaczenia wiemy chociażby, że bohaterowie są na jakiejś nowej planecie, a nie np. na tropikalnej wyspie. Sztuczna inteligencja by to lepiej przetłumaczyła (oczywiście, wtedy nie mieliśmy jeszcze takich narzędzi). Zresztą sprawdźmy… Poniżej pierwszy typowo dickowski fragment.

Spójrzmy na wersję oryginalną[5]:

“Yes, the picnickers,” he grumbled. He adjusted the new slide into position. “And all of them ready to come in and cut down the trees, tear up the flowers, spit in the lakes, burn up the grass. With not even the common-cold virus around to —”

He stopped, his voice choked off —

Choked off because the two eyepieces of the microscope had twisted suddenly around his windpipe and were trying to strangle him. Hall tore at them, but they dug relentlessly into his throat, steel prongs closing like the claws of a trap.

Throwing the microscope onto the floor, he leaped up. The microscope crawled quickly toward him, hooking around his leg. He kicked it loose with his other foot, and drew his blast pistol.

The microscope scuttled away, rolling on its coarse adjustments. Hall fired. It disappeared in a cloud of metallic particles.

“Good God!” Hall sat down weakly, mopping his face. “What the — ?” He massaged his throat. “What the hell!”

Teraz tłumaczenie Anny Kejny[6]:

– Właśnie, wycieczkowicze – mruknął z pretensją. Włożył pod mikroskop kolejne szkiełko. – Tylko czyhają na to, aby dobrać się do drzew i kwiatów, napluć do jezior i wypalić trawę. I to bez ryzyka zarażenia się najpospolitszym wirusem grypy…

Raptem słowa uwięzły mu w gardle…

Stało się tak, gdyż dwa okulary mikroskopu znienacka zacisnęły się na jego tchawicy i zaczęły go dusić. Hall szarpnął się, lecz stalowe kolce wpiły się w jego szyję niczym kleszcze.

Skoczył z miejsca, zrzucając mikroskop na podłogę. Urządzenie podpełzło w jego kierunku, usiłując chwycić go za nogę. Strącił je stopą i wyciągnął pistolet.

Mikroskop wycofał się w popłochu, jadąc na swoich chropowatych pokrętłach. Hall nacisnął spust. Urządzenie zniknęło w obłoku metalowych cząsteczek.

– Dobry Boże! – Rozdygotany Hall usiadł, ocierając twarz. – Co za…?- Pomasował obolałe gardło. – Co za cholera!

A teraz Gemini:

– Tak, niedzielni turyści – mruknął zrzędliwie. Dopasował nowe szkiełko pod obiektyw. – Każdy z nich tylko czeka, żeby tu wparować, wyciąć w pień drzewa, rozdeptać kwiaty, napluć do jezior i spalić trawę. A nie ma tu nawet zasmarkanego wirusa przeziębienia, żeby ich…

Urwał wpół słowa. Głos dławił mu się w gardle.

Dławił się, ponieważ dwa okulary mikroskopu wygięły się nagle z nienaturalną płynnością, oplotły jego tchawicę i próbowały go udusić. Hall zaczął je z siebie zdzierać, ale wżerały się w jego krtań z bezdusznym uporem, a stalowe wypustki zaciskały się niczym zębate szczęki pułapki.

Ciskając mikroskopem o podłogę, zerwał się na równe nogi. Aparat pełzł już szybko w jego stronę, zahaczając się o jego łydkę. Hall odkopnął to cholerstwo drugą stopą i wyszarpnął z kabury blaster.

Mikroskop zaczął uciekać, sunąc przeraźliwie szybko na pokrętłach śruby zgrubnej niczym na zmutowanych odnóżach. Hall wypalił. Przedmiot zniknął w obłoku metalicznych drobin.

– Dobry Boże! – Hall opadł bezwładnie na krzesło, zlewając się zimnym potem i ocierając twarz. – Co tu się…? – Rozmasował obolałą krtań. – Co to, do diabła, było!

W wydaniach Rebisu przekład Tomasza Oljasza jest o niebo lepszy – to tłumaczenie jest po prostu dobre. Wydanie klubowe też jest dobre – o czym możecie przekonać się na poniższych zdjęciach „najdroższych” stron w mojej kolekcji.

Philip K. Dick „Kolonia” - pierwsza strona, portret autora

Philip K. Dick „Kolonia” – pierwsza strona, portret autora

Philip K. Dick „Kolonia” - druga strona

Philip K. Dick „Kolonia” – druga strona

Philip K. Dick „Kolonia” - trzecia strona

Philip K. Dick „Kolonia” – trzecia strona

Philip K. Dick „Kolonia” - czwarta strona

Philip K. Dick „Kolonia” – czwarta strona

Philip K. Dick „Kolonia” - piąta strona

Philip K. Dick „Kolonia” – piąta strona

Philip K. Dick „Kolonia” - ostatnia strona

Philip K. Dick „Kolonia” – ostatnia strona

Philip K. Dick „Kolonia” - czwarta strona okładki

Philip K. Dick „Kolonia” – czwarta strona okładki

W swoim wpisie poświęciłem sporo miejsca na kwestię tłumaczenia, gdyż w przypadku prozy Dicka ma ono duże znaczenie. Źle przetłumaczona Kolonia nie robi wrażenia – ot, ciekawy pomysł, żartobliwe zakończenie, którego czytelnik się i tak w pewnym momencie zaczyna domyślać.

A sam Dick tak w roku 1976 opowiadał o historii przedstawionej w Koloni[7]:

Absolutny szczyt paranoi nie polega na tym, że wszyscy są przeciwko tobie, ale że wszystko jest przeciwko tobie. Zamiast myśleć: „Mój szef spiskuje przeciwko mnie”, myślisz: „Telefon mojego szefa spiskuje przeciwko mnie”. Zresztą, nawet dla całkiem normalnego umysłu przedmioty i tak zdają się czasem posiadać własną wolę; nie robią tego, do czego zostały stworzone, wchodzą w drogę, stawiają nienaturalny opór wobec zmian. W tym opowiadaniu próbowałem wyobrazić sobie sytuację, która w racjonalny sposób tłumaczyłaby to złowrogie knucie przedmiotów przeciwko ludziom, bez zrzucania winy na jakikolwiek stan obłędu u samych bohaterów. Zgaduję, że żeby tego doświadczyć, trzeba by polecieć na inną planetę. Zakończenie tej historii to ostateczny triumf spiskującego przedmiotu nad niewinnymi ludźmi.

Ale czy tak naprawdę niewinnymi? I tradycyjnie – zapraszam do komentowania.


[1] https://katalogi.bn.org.pl/permalink/48OMNIS_NLOP/vratmb/alma991004097649705066

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 79 i 215

[3] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 398

[4] Philip K. Dick, Kolonia, Białystok 1985, s. 3

[5] „Galaxy Magazine” 1953, vol. 6, no 3 (June), s. 142-143

[6] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 399

[7] The Best of Philip K. Dick, Ballantine Books, New York 1977, s. 447

0
comments

sty 16

Philip K. Dick „Wojna z Fnoolami”

5/5 - (1 vote)
Philip Dick "Wojna z Fnoolami" - okładka

Philip Dick „Wojna z Fnoolami” – okładka

Tytuł oryginału: The War with tht Fnools, The Father – Thing

Rok wydania oryginału: 1954/1964

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1984[1]

Przekład: Wiktor Bukato (z dużą dozą prawdopodobieństwa jeśli chodzi o The Father – Thing)

W książce nie podano autora tłumaczenia, ale… Opowiadanie The Father – Thing w obiegu oficjalnym ukazało się w roku 1990 w trzecim numerze Fenixa[2] – oczywiście, z podanym autorem przekładu – Wiktorem Bukato. Tłumaczenie z klubówki i Fenixa są niemal identyczne, co świadczy o tym, że autorem jest jedna i ta sama osoba.

Liczba stron: 20

Seria: XYX – 5

Piszę o tej klubówce teraz, bo właśnie ją kupiłem. Cena nie była specjalnie niska, jak na dwudziestostronnicowy zeszyt – zapłaciłem 76,40 zł. Wcześniej jakoś zeszytami się zupełnie nie interesowałem – nie traktowałem ich jak prawdziwe klubówki. I nadal nie mam do nich przekonania.

Ale seria XYX jest szacowna, wyszło w niej 16 (lub 15 – bo do jednego tytułu nie dotarłem) zeszytów:

  1. Alan E. Nourse „Przez słoneczną stronę”
  2. Philip K. Dick „Elektryczna mrówka”
  3. Cherry Wilder „Sprzedawcy światła i ciemności”
  4. Harlan Ellison „Po tamtej stronie”
  5. Philip K. Dick „Wojna z Fnoolami”
  6.  RayBradbury „Sen w gorączce”
  7. Philip K. Dick „Uzurpator”
  8. Arthur C. Clarke „Gwiazda”
  9. Sydney van Scyoc „Pieśń śmierci”
  10. antologia „Sfallus”
  11. Robert Silverberg „Basileus”
  12. Shin’ichi Hoshi „Era gadgetów”
  13. Ron Goulart „Projekt Koziorożec”
  14. Jack Finney „Strach”
  15. Jack Finney „Osoby zaginione”

Zeszyt zawiera dwa opowiadania: Ojciec – nie ojciec („The Father – Thing”) i właśnie Wojna z Fnoolami („The War with tht Fnools”).

W opowiadaniu „Ojciec – nie ojciec” młody chłopiec o imieniu Charlie odkrywa, że mężczyzna, którego uważał za swojego ojca, w rzeczywistości nim nie jest. Człowiek, który wraca z pracy, całuje jego matkę, siada do kolacji i opowiada o swoim dniu, może wyglądać jak prawdziwy pan Walton, lecz Charlie wie lepiej. Tylko on zna prawdziwą i przerażającą tajemnicę – jego prawdziwy ojciec został zabity, a istota podszywająca się pod niego jest w rzeczywistości kosmitą, który przejął jego ciało i zagarnął jego życie. To już nie jest ojciec Charliego; to rzecz.

Opowiadanie opiera się na znanym motywie, szczególnie popularnym w latach pięćdziesiątych XX wieku, który do dziś budzi zainteresowanie. Wyraża on lęk przed tym, że ludzie nie są tacy, jakimi wydają się na pierwszy rzut oka. Idea polega na tym, że pod fasadą podmiejskiej normalności może czaić się coś złowrogiego. W tym przypadku opowiadanie Dicka ma jednak bardziej osobisty charakter niż większość tekstów wykorzystujących ten motyw.

Historia ta nie koncentruje się na inwazji całej społeczności, lecz na przejęciu jednej konkretnej rodziny. Obce przejęcie władzy pełni tu funkcję metafory wyobcowania. Postać „ojca – nie ojca” symbolizuje pozornie niepojęte motywy, które mogą podważyć i zniszczyć domowe relacje oraz stabilność rodziny. Opowiadanie Dicka jest więc zarówno mrożącą krew w żyłach historią science fiction, jak i emocjonalnie poruszającym tekstem o dziecku próbującym pogodzić się z chaosem we własnej rodzinie. To, dokąd Charlie zwraca się o pomoc, gdy zostaje wykluczony z własnego domu, jest dość zaskakujące i wiele mówi o poglądach Dicka na temat wspólnoty i wygnania.[2]

Z kolei „Wojna z Fnoolami” to komedia. Fnoolowie są najeźdźcami, którzy wyglądają jak dwustopowe istoty ludzkie. Przybierają role mechaników Volkswagena, artystów cyrkowych z egzotycznych grup etnicznych i podobnych postaci, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyróżniają się niezwykle niskim wzrostem. Następnie jeden z Fnoolów odkrywa, że jeśli którykolwiek z nich podejmie czynność związaną z „występkiem” – początkowo paleniem tytoniu, a później, niezależnie, spożywaniem alkoholu – wszyscy Fnoolowie zyskują dwa stopy wzrostu. Wówczas stają się nieodróżnialni od ludzi, choć tylko tymczasowo, aż do momentu, gdy któryś z nich podejmie aktywność seksualną, po czym wszyscy stają się nieludzko wysocy.

Dick tak mówił o tym opowiadaniu: Cóż, po raz kolejny zostajemy najechani. I to w sposób upokarzający – przez formę życia, która jest absurdalna. Mój kolega Tim Powers powiedział kiedyś, że Marsjanie mogliby nas najechać, po prostu zakładając śmieszne kapelusze, a my nigdy byśmy tego nie zauważyli. To rodzaj inwazji niskobudżetowej. Sądzę, że doszliśmy do momentu, w którym możemy się bawić samą ideą inwazji na Ziemię. (I właśnie wtedy naprawdę cię rażą).[4]

Oczywiście, opowiadania z „książki” znam od dawna, ale przeczytałem je w innych wydaniach (The Father – Thing ostatnio czytałem 13 marca 2018).

Opowiadanie „Ojciec – nie ojciec” po polsku ukazało się wielokrotnie – w drugim tomie opowiadań zebranych Dicka wydanych przez Prószyńskiego pod tytułem „Niby-ojciec” w tłumaczeniu Magdaleny Gawlik. Z tego wydania można dowiedzieć się, że Dick napisał to opowiadanie w roku 1953 (przesłał do agenta 21 lipca 1953 roku), a opublikowane zostało w roku 1954 w grudniowym numerze „Fantasy & Science Fiction”.[5]

Z kolei, opowiadanie „Wojna z Fnoolami” ukazało się w tomie piątym opowiadań zebranych. Pochodzi z roku 1964 – ukazało się w wiosennym numerze „Galactic Outpost”.[6]

Taka ciekawostka – te dwa opowiadania miały swoje adaptacje – jedno filmowe, drugie radiowe.

W 2017 roku Michael Dinner zaadaptował pierwszą historię jako odcinek (siódmy) serialu Philip K. Dick’s Electric Dreams z Gregiem Kinnearem w roli Ojca – nie Ojca.[7]

Z kolei „Wojnę z Fnoolami” wykorzystał Teatr Polskiego Radia do stworzenia świetnego słuchowiska z Piotrem Fronczewskim w roli głównej.[8]

A poniżej zdjęcia omawianego zeszytu.

Philip Dick "Wojna z Fnoolami" - strona druga

Philip Dick „Wojna z Fnoolami” – strona druga

"Fenix" 1990, nr 3 (3), s. 1

„Fenix” 1990, nr 3 (3), s. 1

Philip Dick "Wojna z Fnoolami" - strona jedenasta

Philip Dick „Wojna z Fnoolami” – strona jedenasta

Philip Dick "Wojna z Fnoolami" - strona dziewiętnasta

Philip Dick „Wojna z Fnoolami” – strona dziewiętnasta

Philip Dick "Wojna z Fnoolami" - ostatnia strona

Philip Dick „Wojna z Fnoolami” – ostatnia strona

Jeśli wiecie coś o zeszytach dziewiątym lub czternastym – piszcie.


[1] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Wojna_z_Fnoolami

[2] Philip K. Dick, Ojciec nie-ojciec, „Fenix” 1990, nr 3 (3), s. 1-10

[3] https://www.goodreads.com/book/show/20654550-the-father-thing

[4] Philip K. Dick, Oko Sybilli, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 398

[5] Philip K. Dick, Czysta gra, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 478

[6] Philip K. Dick, Oko Sybilli, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 398

[7] https://en.wikipedia.org/wiki/The_Father-thing

[8] https://sluchowiska.pl/philip-k-dick-wojna-z-fnoolami/

0
comments