mar 29

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki”

5/5 - (1 vote)
Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - okładka

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – okładka

Tytuł oryginału: The Cosmic Puppets

Rok wydania oryginału: 1957

Przekład: Ryszard Fiejek

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1988

Miejsce wydania: Warszawa

Liczba stron: 140

Druk: STUDRUK W-wa. Zam. 11/88

Nakład: 100 egzemplarzy (deklarowany)

I znowu Dick może ktoś powie. No, cóż, Dick to mój ulubiony pisarz. I pewnie dlatego poleciłem tę książkę… Ale od początku. Pamiętam, jak ojciec widząc, że czytam inną literaturę niż on, chciał poczytać co ja czytam. Dałem mu właśnie Kosmiczne marionetki. Wczoraj przeczytałem tę książkę ponownie i nie wiem czemu. Może wtedy widziałem w tej krótkiej powieści coś więcej niż dzisiaj, ale pewnie właśnie dlatego poleciłem tę książkę, że Dick to mój ulubiony pisarz.

Książka w edycji klubowej (były też dwa wydania oficjalne) jest łatwo dostępna – na samym Allegro jest w tej chwili sześć egzemplarzy – najtańszy za 70,83 zł, najdroższy za 99,90 zł.

Piszę „były też dwa wydania oficjalne”, a to też jest jakby oficjalne. Nikt się z nim nie ukrywał, była nawet recenzja w legalnie wydawanym piśmie[1]:
Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - recenzja z Fikcji

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – recenzja z Fikcji

Trochę mnie dziwią wypowiedzi w książce Artura Nowakowskiego „Klubówkowe szaleństwo” o tym, że bano się „dekonspiracji” ruchu wydawniczego klubówek:

Do zdemaskowania klubowej działalności wydawniczej doszło dwa razy: w okolicach roku 1985 i drugi raz jakieś trzy lata później, w jednym i drugim przypadku z udziałem środowisk warszawskich.[2]

Wydania bazarowe oceniano źle również z tego powodu, iż rodziły zbyteczne zainteresowanie przypadkowych osób […]. Istnieje poza tym przekonanie, że odkrycie przez władze nielegalnego procederu wydawania i dystrybucji klubówek spowodowały właśnie bazarowe edycje fantastyki. Właściwie trudno z tym dyskutować: gdyby zostawić trzeci obieg w granicach fandomu, byłoby mniejsze niebezpieczeństwo rozpoznania go i wyłapania przez władze. Według tych samych przekonań, przy drugiej z tak zwanych wpadek (w okolicach roku 1987) winę ponosiła już nie tylko Warszawa, ale także środowiska poznańskie.[3]

Ale Panowie, o czym tu mowa? Sami dekonspirowaliście swoje wydawnictwa, skoro w legalnie wydawanych czasopismach o tych książkach pisaliście.

A dzięki bazarowym edycjom fantastyki ja (oraz tysiące innych) miałem szerszy kontakt ze światową fantastyką. Skra, a nie kluby, to było moje okno na świat. W klubach dostęp do fantastyki na pewno nie był dla wszystkich. Byłem dwa razy na klubowych spotkaniach przy Grójeckiej i książek tam nie uświadczyłem. Pytałem. Był jakiś wykład, a później gry fabularne.

Ale może chodzi o to, że władza przymykała oko na małe nakłady, a bano się, że jak będą duże to to ukróci.

Wracając do Kosmicznych marionetek, w swojej recenzji tej książki tak entuzjastyczny jak Romuald Pawlak bym nie był. Książka się świetnie zaczyna, jest typowy dickowski klimat, że rzeczy nie są takimi jak się wydają, ale końcówka mocno rozczarowuje.

Ted Barton, przed laty wyjechawszy się z Millgate w Wirginii, wraca tam z żoną Peg, by zastać swoje rodzinne miasteczko dziwacznie, niemal chorobliwie odmienione. Układ ulic, charakterystyczne budynki – nic nie zgadza się z jego wspomnieniami, a sami mieszkańcy żyją w ślepej, otępiałej nieświadomości tej sprzecznej z ich własnym istnieniem przeszłości. Peg, nie potrafiąc znieść rosnącej obsesji męża na punkcie tego miejsca, porzuca go, podczas gdy on zapuszcza się coraz głębiej w trzewia obcego miasta.

Gdzieś na ulicach tego fałszywego Millgate, Barton napotyka troje przychylnych mu tubylców: doktora Meade’a, lekarza rodzinnego, jego córkę, Mary, oraz Williama Christophera, miejscowego pijaczka. Jednak wokół Mary krąży jej złowrogi rewers – Peter Trilling, zwodniczo niepozorny dzieciak właścicielki tutejszego pensjonatu. Kiedy ucieczka z miasteczka okazuje się ostatecznie niemożliwa, a jedyną drogę wyjazdową blokuje zakleszczona, niczym w absurdalnym koszmarze, ciężarówka z drewnem, Barton poznaje miejscowego pijaka –  Christophera – który jako jedyny pamięta wymazaną przeszłość.

Christopher wspomina incydent zwany „Zmianą”, anomalię sprzed osiemnastu lat, która nastąpiła krótko po tym, jak Barton wyjechał. W swoim prawdziwym życiu Christopher był elektrykiem; teraz desperacko próbuje przywrócić ukrytą matrycę rzeczywistości Millgate. Doktor Meade i Mary zdają się dążyć do tego samego. Szybko wychodzi na jaw, że pacjenci z „Domu Cieni” Meade’a to w istocie „Wędrowcy” – eteryczne, odcieleśnione echa dawnych mieszkańców wymazanego miasta, potrafiące komunikować się z Mary i nielicznymi wybranymi. Kiedy Barton ze zgrozą i fascynacją odkrywa, że potrafi siłą woli cofać przedmioty do ich pierwotnej formy – odtwarzając nawet wymazany z istnienia park – Mary ujawnia, że i ona jest w pełni świadoma Przemiany oraz iluzji, w której tkwią.

Mary i Peter uwikłani są w cichą, nadnaturalną wojnę zastępczą, toczoną w ukryciu przed wzrokiem śmiertelników. Ona ma do dyspozycji potęgę natury: pszczoły, ćmy, koty i muchy; on rzuca do walki kreatury z koszmarów – pająki, węże, szczury i bezduszne golemy. Gdy makabryczni słudzy Petera rzekomo mordują Mary, nawet ten szokujący akt nie wystarcza, by wyrwać doktora Meade’a z otępiającej, bezpiecznej iluzji jego ludzkiej powłoki. Nad klaustrofobicznym Millgate pochylają się jednak dwa monstrualne, kosmiczne byty. Barton uświadamia sobie, że Meade jest jednym z nich, w tym samym momencie, gdy Peter Trilling zrzuca ludzką maskę, obnażając swoją prawdziwą, złośliwą, boską naturę. Bestie Trillinga atakują Bartona, Christophera i Wędrowców, lecz ofensywa załamuje się, gdy Meade wreszcie przypomina sobie, kim jest, i ponownie przyobleka się w swój boski majestat.

W wielkim finale Millgate staje się epicentrum starcia dwóch bliźniaczych, choć diametralnie przeciwstawnych demiurgów zaczerpniętych prosto z zurwanizmu: Arymana („ducha zniszczenia”) i Ormuzda („stwórcy”). Gdy Ormuzd ostatecznie odnosi triumf, Mary ujawnia swoją tożsamość; jest w istocie mesjańską córką stwórcy, Armaiti. To ona pociągała za sznurki, planując zarówno wygnanie, jak i powrót Bartona, chłodno kalkulując moment, w którym będzie można rozedrzeć fałszywą tkankę iluzji Arymana. Dawne Millgate znów krzepnie, odzyskując swoją materialność. Christopher potulnie wraca do zawodu elektryka, a litościwa amnezja wymazuje z jego umysłu pamięć o Przemianie. Barton wyjeżdża, zostawiając za sobą miasto, któremu właśnie przywrócił jego „prawdziwą” naturę.

I jak zwykle na koniec – zdjęcia omawianej książki.

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - strona tytułowa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – strona tytułowa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - strona redakcyjna

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – strona redakcyjna

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - pierwsza strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – pierwsza strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - ostatnia strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – ostatnia strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - grzbiet książki

Kosmiczne marionetki – grzbiet

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - czwarta strona okładki

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – czwarta strona okładki

Tę klubówkę mam też w twardej oprawie – kupiłem ją 12 lat temu za 8 zł (od tej samej osoby co Gwiezdnego łowcę).

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - twarda oprawa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – twarda oprawa

Jeśli chcecie się podzielić swoimi uwagami – piszcie.


[1] Romuald Pawlak, Nowy, wspaniały Dick, „Fikcje” 1987, nr 11 (49), s. 28

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 55

[3] Ibidem, s. 74

0
komentarze

Reply