Tytuł oryginału: The Mind Thing
Rok wydania oryginału: 1961
Przekład: Radosław Januszewski
Rok polskiego (klubowego) wydania: 1986
Druk: WZG Ł-A, zam. 3/86
Nakład: 99 egzemplarzy (tak napisano na stronie redakcyjnej, ale, oczywiście, wiecie, że to nic nie znaczy, że nakład należy liczyć w setkach, jeśli nie tysiącach)
Dzisiaj książka jest dalej łatwo dostępna, można ją kupić już za dwadzieścia kilka złotych, ja sam mam dwa egzemplarze.
Liczba stron: 138
Seria: Klasycy współczesnej SF # 30
Może kogoś z Was zdziwi czemu nie omawiam książek w jakimś porządku, np. całą serię po kolei, albo może chronologicznie czy alfabetycznie? Otóż powód jest prosty – chcę mieć z tego opisu, z tych wpisów, jak największą przyjemność – że sobie wybieram książkę do opisania – książkę, na którą akurat mam ochotę, a nie taką, którą muszę dzisiaj, czy w tym tygodniu omówić.
Klubówki to była ważna część mojego życia, do dzisiaj miewam sny, w których znajduję gdzieś u ulicznego sprzedawcy nieznane sobie pozycje i albo je kupuję, albo ktoś je kupił przede mną, albo później żałuję, że ich nie kupiłem. Albo robię tour po księgarniach i nie spotykam żadnej nowej książki – wiem, że wychodzą, ale mnie omijają.
Oprócz Skry, Giełdy Fantastyki, bookinistów, klubówki w moich licealnych czasach w Warszawie można było kupić w antykwariacie w pawilonie przy Hali Mirowskiej. Często z kolegą Maciejem Waligórą po lekcjach robiliśmy sobie taki ponad sześciokilometrowy tour ze szkoły przy Woronicza aż właśnie do Hali Mirowskiej.
Była też prywatna biblioteka z klubówkami przy Chmielnej (tej prawdziwej Chmielnej, a nie Rutkowskiego).
Wracając do dzisiejszej bohaterki – po wydaniu klubowym książka ukazała się nakładem wydawnictwa Amber pod tytułem „Intruz” (w roku 1993), a jak podaje Encyklopedia Fantastyki, tytuł ten ukazał się też rok przed prezentowanym wydaniem – w roku 1985 w serii Biblioteka Smoka.[1]
Szukając więcej informacji o Bibliotece Smoka znalazłem dwie: jedną z książek wydanych w tej serii był przedrukowany z prasy „Człowiek z Marsa” Lema[2] oraz, że serię wydawał Sfan[3].
„Człowieka z Marsa” w wydaniu klubowym mam, ale z inną okładką niż w Encyklopedii Fantastyki i w moim egzemplarzu nic nie ma o wydawcy. Jeśli chodzi o tę drugą informację (Sfan), to jest to możliwe, ale, jak może wiecie – informację, żeby ją podać należy potwierdzić w drugim niezależnym źródle, a ja takiego na razie nie znalazłem. A ta jedna pochodzi ze źródła rosyjskojęzycznego i w dodatku dotyczy „Drogi na Amaltee / Bajki o Trojce” Strugackich.
I w ogóle skąd nazwa? Znałem jednego Smoka z fandomu – spotykaliśmy się w Muzeum Techniki na giełdzie fantastyki – przegadaliśmy sporo godzin – siadał przy moim stoliku po stronie sprzedawców i gadał. Bardzo sympatyczny gość, dojeżdżał z którejś podwarszawskiej miejscowości, chyba Pruszkowa, ale pewności nie mam. W każdym razie nie pamiętam, aby coś o swojej działalności wydawniczej mówił.
Po kolejnej dygresji, wróćmy jednak do Mózgu i Fredrica Browna. Browna znałem wcześniej ze znakomitych krótkich opowiadań zamieszczonych w Krokach w nieznane – w pierwszych dwóch tomach było ich w sumie sześć – opowiadania były dowcipne i świetnie się je czytało. Jakieś opowiadanie znalazłem też w „Młodym Techniku”, który kupował mój ojciec i którego całe pudła były na strychu u babci. Mózg czytałem dwa razy – pierwszy raz w latach osiemdziesiątych, drugi raz w roku 2012.
To historia o obcej istocie wygnanej ze swojej planety, która trafia na Ziemię. Obcy ten potrafi przejmować kontrolę nad ciałami zwierząt i ludzi. Kiedy chce zmienić „gospodarza”, musi doprowadzić poprzednie ciało do śmierci. Dla niej to kwestia techniczna, dla ludzi – seria zagadkowych samobójstw i dziwnych wypadków. Obcy nie ma naszej moralności, nie rozumie naszych emocji, traktuje nas jak materiał biologiczny do wykorzystania.
Równolegle śledzimy profesora Stauntona, który przypadkiem zaczyna łączyć fakty – dziwne zachowanie psa, tajemnicze zgony w okolicy, coś tu się nie zgadza. Z czasem dołącza do niego nauczycielka, fanka fantastyki, i razem próbują zrozumieć, z czym mają do czynienia. Mamy więc klasyczny motyw „obcy na Ziemi”, ale opowiedziany inaczej – bo sporą część historii poznajemy z punktu widzenia samego intruza.
I to jest chyba najmocniejsza strona tej powieści. Fredric Brown pokazuje naprawdę obcą inteligencję – istotę, która patrzy na ludzi jak na egzotyczne stworzenia, które trzeba zbadać, sklasyfikować i ewentualnie wykorzystać. Dla niej to my jesteśmy dziwni. Ten odwrócony punkt widzenia przypomina jego „Strażnicę”[4] – krótkie, a przewrotne.
Obcy się uczy – analizuje swoje błędy, a ludzie analizują zdarzenia – na koniec dostajemy charakterystyczny dla Browna zwrot akcji. Może dziś pewne detale (mechaniczna maszyna do pisania, sposób prowadzenia śledztwa) wywołują uśmiech, ale sama konstrukcja historii wciąż działa.
To nie jest arcydzieło, ale bardzo solidna, pomysłowa fantastyka z czasów, gdy naprawdę próbowano wyobrazić sobie „inność”, a nie tylko kosmitę z czułkami.
Mój egzemplarz to prawie nówka – stąd na zdjęciach nie do końca widać całe strony – nie chciałem ich bardziej otwierać, aby czegoś nie uszkodzić.
I jak zawsze – zapraszam do komentowania.
[1] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Intruz
[2] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Cz%C5%82owiek_z_Marsa
[3] https://testpilot.ru/espace/bibl/fant/strugatskie/oblojki/bibl91-2000.html
[4] Opowiadanie znane mi ze zbioru (zbiorku) opowiadań Jestem obywatelem planety Mars wydanym w serii Pik w roku 1986 – to też klubówka, więc w przyszłości też o niej napiszę.






















