lut 15

Fredric Brown „Mózg”

Fredric Brown Mózg – okładka

Tytuł oryginału: The Mind Thing

Rok wydania oryginału: 1961

Przekład: Radosław Januszewski

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1986

Druk: WZG Ł-A,  zam. 3/86

Nakład: 99 egzemplarzy (tak napisano na stronie redakcyjnej, ale, oczywiście, wiecie, że to nic nie znaczy, że nakład należy liczyć w setkach, jeśli nie tysiącach)

Dzisiaj książka jest dalej łatwo dostępna, można ją kupić już za dwadzieścia kilka złotych, ja sam mam dwa egzemplarze.

Liczba stron: 138

Seria: Klasycy współczesnej SF # 30

Może kogoś z Was zdziwi czemu nie omawiam książek w jakimś porządku, np. całą serię po kolei, albo może chronologicznie czy alfabetycznie? Otóż powód jest prosty – chcę mieć z tego opisu, z tych wpisów, jak największą przyjemność – że sobie wybieram książkę do opisania – książkę, na którą akurat mam ochotę, a nie taką, którą muszę dzisiaj, czy w tym tygodniu omówić.

Klubówki to była ważna część mojego życia, do dzisiaj miewam sny, w których znajduję gdzieś u ulicznego sprzedawcy nieznane sobie pozycje i albo je kupuję, albo ktoś je kupił przede mną, albo później żałuję, że ich nie kupiłem. Albo robię tour po księgarniach i nie spotykam żadnej nowej książki – wiem, że wychodzą, ale mnie omijają.

Oprócz Skry, Giełdy Fantastyki, bookinistów, klubówki w moich licealnych czasach w Warszawie można było kupić w antykwariacie w pawilonie przy Hali Mirowskiej. Często z kolegą Maciejem Waligórą po lekcjach robiliśmy sobie taki ponad sześciokilometrowy tour ze szkoły przy Woronicza aż właśnie do Hali Mirowskiej.

Była też prywatna biblioteka z klubówkami przy Chmielnej (tej prawdziwej Chmielnej, a nie Rutkowskiego).

Wracając do dzisiejszej bohaterki  – po wydaniu klubowym książka ukazała się nakładem wydawnictwa Amber pod tytułem „Intruz” (w roku 1993), a jak podaje Encyklopedia Fantastyki, tytuł ten ukazał się też rok przed prezentowanym wydaniem – w roku 1985 w serii Biblioteka Smoka.[1]

Szukając więcej informacji o Bibliotece Smoka znalazłem dwie: jedną z książek wydanych w tej serii był przedrukowany z prasy „Człowiek z Marsa” Lema[2] oraz, że serię wydawał Sfan[3].

„Człowieka z Marsa” w wydaniu klubowym mam, ale z inną okładką niż w Encyklopedii Fantastyki i w moim egzemplarzu nic nie ma o wydawcy. Jeśli chodzi o tę drugą informację (Sfan), to jest to możliwe, ale, jak może wiecie – informację, żeby ją podać należy potwierdzić w drugim niezależnym źródle, a ja takiego na razie nie znalazłem. A ta jedna pochodzi ze źródła rosyjskojęzycznego i w dodatku dotyczy „Drogi na Amaltee / Bajki o Trojce” Strugackich.

I w ogóle skąd nazwa? Znałem jednego Smoka z fandomu – spotykaliśmy się w Muzeum Techniki na giełdzie fantastyki – przegadaliśmy sporo godzin – siadał przy moim stoliku po stronie sprzedawców i gadał. Bardzo sympatyczny gość, dojeżdżał z którejś podwarszawskiej miejscowości, chyba Pruszkowa, ale pewności nie mam. W każdym razie nie pamiętam, aby coś o swojej działalności wydawniczej mówił.

Po kolejnej dygresji, wróćmy jednak do Mózgu i Fredrica Browna. Browna znałem wcześniej ze znakomitych krótkich opowiadań zamieszczonych w Krokach w nieznane – w pierwszych dwóch tomach było ich w sumie sześć – opowiadania były dowcipne i świetnie się je czytało. Jakieś opowiadanie znalazłem też w „Młodym Techniku”, który kupował mój ojciec i którego całe pudła były na strychu u babci. Mózg czytałem dwa razy – pierwszy raz w latach osiemdziesiątych, drugi raz w roku 2012.

To historia o obcej istocie wygnanej ze swojej planety, która trafia na Ziemię. Obcy ten potrafi przejmować kontrolę nad ciałami zwierząt i ludzi. Kiedy chce zmienić „gospodarza”, musi doprowadzić poprzednie ciało do śmierci. Dla niej to kwestia techniczna, dla ludzi – seria zagadkowych samobójstw i dziwnych wypadków. Obcy nie ma naszej moralności, nie rozumie naszych emocji, traktuje nas jak materiał biologiczny do wykorzystania.

Równolegle śledzimy profesora Stauntona, który przypadkiem zaczyna łączyć fakty – dziwne zachowanie psa, tajemnicze zgony w okolicy, coś tu się nie zgadza. Z czasem dołącza do niego nauczycielka, fanka fantastyki, i razem próbują zrozumieć, z czym mają do czynienia. Mamy więc klasyczny motyw „obcy na Ziemi”, ale opowiedziany inaczej – bo sporą część historii poznajemy z punktu widzenia samego intruza.

I to jest chyba najmocniejsza strona tej powieści. Fredric Brown pokazuje naprawdę obcą inteligencję – istotę, która patrzy na ludzi jak na egzotyczne stworzenia, które trzeba zbadać, sklasyfikować i ewentualnie wykorzystać. Dla niej to my jesteśmy dziwni. Ten odwrócony punkt widzenia przypomina jego „Strażnicę”[4] – krótkie, a przewrotne.

Obcy się uczy – analizuje swoje błędy, a ludzie analizują zdarzenia – na koniec dostajemy charakterystyczny dla Browna zwrot akcji. Może dziś pewne detale (mechaniczna maszyna do pisania, sposób prowadzenia śledztwa) wywołują uśmiech, ale sama konstrukcja historii wciąż działa.

To nie jest arcydzieło, ale bardzo solidna, pomysłowa fantastyka z czasów, gdy naprawdę próbowano wyobrazić sobie „inność”, a nie tylko kosmitę z czułkami.

Mój egzemplarz to prawie nówka – stąd na zdjęciach nie do końca widać całe strony – nie chciałem ich bardziej otwierać, aby czegoś nie uszkodzić.

Fredric Brown Mózg – pierwsza strona

Fredric Brown Mózg – strona tytułowa

Fredric Brown Mózg – strona redakcyjna

Fredric Brown Mózg – pierwsza strona opowieści

Fredric Brown Mózg – ostatnia strona opowieści

Brown Mózg – grzbiet

Fredric Brown Mózg – czwarta strona okładki

I jak zawsze – zapraszam do komentowania.


[1] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Intruz

[2] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Cz%C5%82owiek_z_Marsa

[3] https://testpilot.ru/espace/bibl/fant/strugatskie/oblojki/bibl91-2000.html

[4] Opowiadanie znane mi ze zbioru (zbiorku) opowiadań Jestem obywatelem planety Mars wydanym w serii Pik w roku 1986 – to też klubówka, więc w przyszłości też o niej napiszę.

0
komentarzy

lut 07

Robert Sheckley „Pielgrzymka na Ziemię”

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – okładka, przechylenie ilustracji w moim egzemplarzu oryginalne

Tytuł oryginału: Pilgrimage to Earth

Przekład: nieznany

Rok wydania oryginału: 1957

Liczba stron: 132

Wydawca: Staromiejski Dom Kultury ZSMP • Groteka • [Młodzieżowe Centrum Gier i Rozrywek Umysłowych]

Miejsce i rok wydania: Warszawa 1984

Seria: Biblioteka SFan Clubu

Dzisiaj prawdziwa klubówka, tzn. książka wydana faktycznie przez klub – SFan Club ze Staromiejskiego Domu Kultury ZSMP • Groteka • w Warszawie. Jak można przeczytać w Internecie, Staromiejski Dom Kultury działał pod patronatem (takie czasy) ZMS/ZSMP w latach 1962-1987 i prowadził działalność wydawniczą.[1]

SDK był również współorganizatorem Ogólnopolskiego Konkursu Literackim SF, na którym 26 maja 1982 roku Andrzej Zimniak otrzymał dyplom honorowy klubu SFAN za opowiadanie „Schronisko”.[2]

Staromiejski Dom Kultury wydawał również SFanzin – ukazało się sześć numerów – dwa w roku 1980, dwa w roku 1981 i jeden podwójny w roku 1983.[3]

Z moich mglistych wspomnień wyłania się jeden z członków tego klubu i moja związana z nim wtopa. Na imię miał chyba Krzysztof – umówiłem się z nim, że jak chcę klubówki to mogę do niego przyjść – podał dzień, godzinę i adres – to był świat jeszcze bez komórek, bez map Google – adresu nie zapisałem, nie miałem na czym, zapamiętałem. Pojechałem i nie zastałem go, przez drzwi rozmawiałem z jakąś starą kobietą, która mówiła, że nic nie wie. Jak się okazało – pomyliłem Nowolipki z Nowolipiem. Skomentował to jakoś, że on w tej żulerni (może użył innego słowa, ale o podobnym znaczeniu) nie mieszka.

SFan Club numerował niektóre swoje wydawnictwa i tak pod numerem pierwszym były „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Steven Spielberg, pod numerem drugim „Człowiek Ilustrowany: 1” Raya Bradbury’ego, pod numerem trzy „Skarb na Oberonie” Edmonda Hamiltona, pod numerem szóstym „Futurama: Antologia japońskiej SF”, pod ósmym „Dziecko jutra” Raya Bradbury’ego, a dziewiątym „Obcy” Alana Deana Fostera.

W serii ukazał się również zbiory opowiadań: Lovecrafta pt. „Weird Fiction” (1981)[4], Asimova pt. „Idealna maszyna” (1985) oraz powieści „Gdy śpiący się zbudzi” Herberta Georga Wellsa (1984) i „Linoskoczki” Sergieja Abramowa (1985).

Prawdopodobnie ukazała się też w jednym tomie „Planeta burz” Aleksandra Kazancewa i „Błękitna cefeida” Aleksandra Kołpakow a- jednak nigdy nie widziałem jej okładki, ale Marek Nowowiejski pisał, że książkę posiada – i że „Błekitna cefeida” Kołpakowa to takie niewielkie opowiadanie „bonusowe” do powieści Kazancewa.[5]

Wracając do Pielgrzymki na Ziemię, w tomie znajdziemy następujące opowiadania:

Pułapka (The Trap)

Cena ryzyka (The Prize of Peril)

Pijawka (The Leech)

Ochrona (Protection)

Żona model Ultra Deluxe (Human Mari’s Burden)

+ 10, czyli Akademia (The Academy)

Broń ostateczna (The Last Weapon)

Miasto marzenie (epizod z powieści pt. „Dimension of Miracles„)

Pielgrzymka na Ziemię (Pilgrimage to Earth)

Tom ten dość znacznie różni się od wydania Iskier pod tym samym tytułem z roku 1988. Iskry wydały następujące opowiadania[6]:

  • Zwiadowca minimum
  • Cena
  • Ofiara brakoróbstwa
  • Ptaki-czujniki
  • Specjalista
  • Siódma ofiara
  • Potwory
  • Czy pani coś czuje, kiedy to robię?
  • I cebula, i marchewka
  • Świat stanął w miejscu
  • Okrutne równania
  • A tobie dwa razy tyle
  • Sen
  • Mnemon
  • Wycieczka
  • Wrażenia z Langranaku
  • Wykaz ważniejszych epidemii
  • Nie kończący się western
  • Skazaniec w kosmosie
  • Coś za nic
  • Pielgrzymka na Ziemię
  • Wystarczy zadać pytanie
  • Ręce przy sobie
  • Instynkt myśliwski
  • Cena ryzyka
  • Świat naszych pragnień
  • Bitwa

    Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – paragon

Jak niektórzy z Was mogą zauważyć znaleźć tu można opowiadanie, które klubowo znalazło się w „Siódmej ofierze”, bo klubowo ukazały się jeszcze inne zbiory opowiadań Sheckleya.

Pielgrzymkę na Ziemię przeczytałem w wersji Iskier, egzemplarz klubowy trafił do mnie niewiele ponad rok temu – kupiłem go za 99,90 zł w antykwariacie Edukacja z Katowic (oczywiście, poprzez Internet). To była naprawdę dobra cena, jak za takiego białego kruka. Wspomniałem, że antykwariat był z Katowic – i nie jest to taka informacja na wypełnienie tekstu – inne klubówki, jakie w ostatni czasach kupiłem pochodziły z Łodzi (Wizje Dla Ubogich Antologia Dziennik Róży), województwa podlaskiego (Świat Złodziei), Tuszyna (Wizje Dla Ubogich Antologia Humor i Fantazja), czy Szczecina (Mesjasz Diuny – miałem egzemplarz w kiepskim stanie). Warto byłoby prześledzić chociażby na Allegro skąd są sprzedawcy klubówek na Allegro – takie mikro badanie naukowe, które odpowiedziałoby nam może na tezę, że ten Trzeci Obieg był rozprowadzany po całej Polsce.

Wracając do Pielgrzymki, ostatnio ponownie przeczytałem opowiadania z tomu Iskier i trochę się rozczarowałem. Pamiętałem je jako świetne, dowcipne opowiadania i dalej były dowcipne i dobrze się je czytało, ale były dość proste i trąciły trochę myszką: „Wyciągnął z kieszeni malutki odbiornik telewizyjny” (Cena ryzyka) – technologia poszła jednak w innym kierunku.

Bohaterem tytułowego opowiadania jest Alfred Simon, który chce przeżyć miłość, znaną mu jedynie z lektur. Wybiera się więc na Ziemię – jedyną planetę we Wszechświecie, na której istnieje to tajemnicze dla niego zjawisko. Po wylądowaniu szybko zderza się z rzeczywistością, która okazuje się daleka od romantycznych wyobrażeń. Pierwszym miejscem, na jakie trafia, jest obskurny lokal oferujący brutalną rozrywkę polegającą na strzelaniu do kobiet.

Kontynuując swoje poszukiwania Alfred trafia do biura firmy „MIŁOŚĆ i S-KA” (w wydaniu Iskier „MIŁOŚĆ, SPÓŁKA AKCYJNA) zajmującej się zawodowym dostarczaniem uczuć. Po dopełnieniu formalności i wniesieniu opłaty poznaje dziewczynę, z którą natychmiast nawiązuje wyjątkową więź. Wspólnie przeżywają intensywne chwile, a wyjazd na Hawaje utwierdza Alfreda w przekonaniu, że wreszcie odnalazł prawdziwą miłość.

Po tygodniu sielanka nagle się kończy. Alfred budzi się sam, a jego partnerka znika bez śladu. Zaniepokojony wraca do firmy „MIŁOŚĆ i S-KA”, gdzie dowiaduje się, że uczucie, którego doświadczył, było jedynie efektem czasowego warunkowania, a dziewczyna przygotowuje się już do kolejnego zlecenia. Gdy spotyka ją ponownie, okazuje się, że nie pamięta go i traktuje jak obcego człowieka.

Alfred oszołomiony opuszcza biuro firmy i bez wyraźnego celu rusza przed siebie. Nie zauważa nawet, kiedy ponownie znajduje się przed obskurnym lokalem, który widział tuż po przylocie na Ziemię. Właściciel uśmiecha się na jego widok, a Alfred sięga po broń…

Na koniec zdjęcia omawianej książki.

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – pierwsza strona

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – strona tytułowa

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – wstęp

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – pierwsze opowiadanie

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – przedostatnia strona

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – ostatnia strona

Pielgrzymka na Ziemię – grzbiet

Robert Sheckley Pielgrzymka na Ziemię – czwarta strona okładki

I niezmiennie – jeśli chcecie coś sprostować, dodać, podzielić się swoją historią – to komentujcie.


[1] https://sdk.pl/o-nas/zarys-historii-wydarzenia-staromiejskiego-domu-kultury/

[2] https://www2.wum.edu.pl/~axzimni/az/23Publikacje_Zimniak.pdf

[3] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=SFanzin

[4] Artur Nowakowski, Fantastyka w Trzecim Obiegu w PRL-u, „Bibliotekarz” 2018, nr 9, s. 11

[5] https://lubimyczytac.pl/ksiazka/planeta-burz-blekitna-cefeida/opinia/21446114

[6] Robert Sheckley, Pielgrzymka na Ziemię, Iskry, Warszawa 1988

0
komentarzy

sty 31

Brian W. Aldiss „Mroczne lata świetlne”

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – okładka

Tytuł oryginału: The Dark Light Years

Rok wydania oryginału: 1964

Przekład: nieznany

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1987

Druk: ORP 14/87

Nakład: 100 egzemplarzy (tak napisano na stronie redakcyjnej, ale, oczywiście, wiecie, że to nic nie znaczy)

W tej chwili książka jest dość łatwo dostępna – w antykwariacie Tezeusz kosztuje 32,68 zł.

Liczba stron: 152

Seria: Klasycy współczesnej SF # 38

Tę książkę przeczytałem siedząc na spakowanych kartonach podczas przeprowadzki. Przeprowadzaliśmy się z Mokotowa na Tarchomin, wróciłem ze szkoły i czekałem na rodziców, żeby to wszystko zacząć rozpakowywać – najpierw trzeba było z nimi ustawić meble.

Do samej książki nie za bardzo miałem wtedy przekonanie, Aldissa nie znałem, byłem jeszcze przed lekturą „Non stop” i „Cieplarni” – sięgnąłem po nią wtedy, bo była pierwsza, do której się dokopałem. I trzy godziny strzeliły, jak z bicza strzelił. Nie żebym uważał ją za jakieś arcydzieło (drugi raz już do niej nie wróciłem), ale czytało ją się bardzo dobrze.

Przeglądając teraz różne recenzję widzę, że nie cieszy się ona poważaniem czytelników.

Na Science Fiction and Other Suspect Ruminations tak o niej piszą:[1]

Świeżo po lekturze znakomitej powieści Briana Aldissa Non-Stop z entuzjazmem sięgnąłem po sfatygowany egzemplarz The Dark Light Years, znaleziony w lokalnej księgarni. Byłem bardzo rozczarowany. The Dark Light Years to książka chaotyczna, mętna i tylko sporadycznie skłaniająca do refleksji. Tym bardziej frustrujące jest to, że sam pomysł wyjściowy jest całkiem obiecujący. Spróbuję dzielnie wyłuskać nieliczne oświecające i znaczące frazy, motywy oraz idee obecne w tym małym, prowizorycznym szkielecie książki. Liczne braki koncentracji i niedostatki realizacyjne sprawiają jednak, że zadanie to jest wyjątkowo trudne — być może wręcz zbyt trudne.

Streszczenie fabuły

Utody to wielogłowe, wielokończynowe, hipopotamopodobne istoty, taplające się w błocie i zmieniające płeć. Żyją wraz ze swoimi jaszczuropodobnymi pasożytami w wielkich stawach wypełnionych błotem i odchodami, w których tarzają się i filozofują. Podróżują między planetami w statkach kosmicznych przypominających strąki nasienne, wypełnionych własnymi nieczystościami. Nie odczuwają bólu, są pacyfistami i są szczęśliwi.

Pewna grupa ludzi napotyka kilku Utodów oraz ich statek-strąk. Część Utodów próbuje nawiązać kontakt z ludźmi, lecz zostaje impulsywnie i z zimną krwią wymordowana. Dwóch schwytano żywcem, a resztę poddano sekcji…

Ludzie tej przyszłej epoki żyją w ultrahigienicznych warunkach, jedząc syntetyczną żywność i pijąc bezalkoholowe napoje. Tylko nieliczni uparci tradycjonaliści wciąż gotują mięso…

Czytelnik śledzi próby grupy naukowców, którzy chcą porozumieć się z Utodami. Aldiss serwuje czytelnikowi kilka niedopieczonych teorii lingwistycznych… Znacznie bardziej interesuje go jednak wprowadzanie drugoplanowych, właściwie nieistotnych postaci, by zapełnić limit stron i unikać jakichkolwiek ciekawych prób rzeczywistej interakcji między ludźmi a obcymi.

Całkowita niezdolność ludzi do komunikacji z obcymi (którzy sami wybrali brak komunikacji) wprowadza jednak główny temat utworu: ludzie są tak zniesmaczeni brudem Utodów, że zostają zmuszeni do ponownego przemyślenia znaczenia i kryteriów takich pojęć jak świadomość, inteligencja, cywilizacja, postęp – nie tylko w odniesieniu do obcych, lecz także do samych siebie. Czy nasze rozumienie cywilizacji całkowicie wyklucza wszystkie inne formy, jakie mogłaby ona przybrać?

Utody (rozpływające się w rozkoszy w swoich kałowych stawach) działają jak soczewka, przez którą można spojrzeć na ludzkość… To właśnie tutaj przebłyskuje talent Aldissa. Czy podróże kosmiczne są zachowaniem instynktownym? Czy stanowią miarę inteligencji? Jakie są konsekwencje spotkania gatunku posiadającego większą inteligencję niż człowiek, a jednocześnie tak skrajnie mu przeciwnego?

A potem pojawia się zupełnie zbędna ilość losowych, chaotycznych wątków pobocznych.

Uwagi końcowe

Mimo że bardzo chciałem polubić tę książkę, moje początkowe zainteresowanie mniej więcej po dwóch trzecich lektury przerodziło się w gwałtowną niechęć. Przy zaledwie 128 stronach można by oczekiwać zwartej fabuły, ciekawego centralnego pomysłu oraz kilku słabo rozwiniętych bohaterów, którzy spełniają swoje funkcje w sposób co najwyżej przeciętny…

Zamiast tego w narracji pojawia się i znika mnóstwo postaci. Niektóre znikają całkowicie. Skrajnie drugoplanowe postacie nagle stają się istotne, po czym znów całkowicie przepadają. Następnie wprowadza się niedbale skleconą historię w tle, gdy taka marginalna postać nagle okazuje się osią całej fabuły… Rezultatem jest frustrująca breja wymiennych, bezosobowych figur. W dłuższej powieści byłoby to do zniesienia, ale w książce liczącej tylko 128 stron?

Kolejnym uporczywym problemem jest metoda prezentowania wydarzeń przez Aldissa – znaczna część zdarzeń rzadko bywa opisywana w momencie, gdy się dzieje. Zamiast tego są one streszczane później. Ten pasywny sposób narracji czyni fabułę mniej angażującą. Oznacza to również, że Aldiss unika opisywania, w jaki sposób bohaterowie się zmieniają i co te zmiany powoduje, ograniczając się do prostego stwierdzenia, że po prostu się zmienili.

Szerokie tematy poruszane w książce są jedyną jej cechą odkupieńczą, ponieważ sami obcy, postacie ludzkie itd. są kiczowaci i niewiarygodni. Co się dzieje, gdy człowiek spotyka obcego tak obcego, że nie da się nawet ocenić jego świadomości? Twórczość science fiction Stanisława Lema bada ten problem dogłębnie, z przenikliwą filozoficzną wnikliwością. Aldiss natomiast opiera się całkowicie na frustrującej dychotomii między swoimi obcymi a człowiekiem. Subtelność nie znajduje się w słowniku Aldissa.

Porównywanie Aldissa do Lema jest niesprawiedliwe, bo Lem jest geniuszem. Jednak wady The Dark Light Years nie leżą w samych ideach, lecz w ich realizacji. Słaba próba stworzenia opowieści ramowej, braki w podstawowej ekspozycji (opieranie się na pasywnej narracji) oraz przytłaczająca chęć uczynienia z każdej postaci jedynie epizodu rozmywają wszystkie centralne tematy Aldissa. Wszystkie elementy wielkiej, klasycznej powieści SF są tutaj obecne – zamiast tego otrzymujemy dość lichy szkielet… i niedojrzałe myśli…

Szkoda, bo zakończenie jest zaskakująco dobre.

Prawie warte poszukiwań…

W kolejnej recenzji, Admiral.ironbombs tak o niej pisze:[2]

Miałem dotąd sporo szczęścia do książek Briana Aldissa, które czytałem – Non-Stop stało się jedną z moich ulubionych powieści z lat pięćdziesiątych, a Greybeard okazało się imponującą pastoralną wizją apokalipsy, zapowiadającą i poprzedzającą Children of Men. Po tak pozytywnych doświadczeniach z tymi dwiema książkami liczyłem, że uda mi się odkryć kolejne znakomite powieści Aldissa, i sięgnąłem po kilka innych jego utworów z tego samego okresu. The Dark Light Years to niewielka objętościowo książka z czasów Greybeard, której opis na tylnej okładce obiecywał lekturę opartą na oryginalnym i interesującym pomyśle. Ku mojemu rozczarowaniu kilku blogerów, których opinie cenię, wystawiło jej raczej letnie recenzje, ale mimo to nie dałem się zniechęcić.

Ludzkość, rozszerzając swoją obecność na kolejne galaktyki, zetknęła się z wieloma gatunkami form życia półrozumnych, lecz nigdy wcześniej nie odkryła innej inteligentnej rasy. Zmieniło się to, gdy grupa odkrywców natrafiła na Utodów. Te wielkości hipopotama, dwugłowe ssaki, taplające się w błocie i własnych nieczystościach, przemierzające kosmos w drewnianych statkach, są łagodnymi istotami, które nie odczuwają bólu, potrafią zmieniać płeć i porozumiewają się za pomocą złożonej sekwencji gwizdów i pohukiwań wydobywających się z ośmiu otworów ciała. Nie trzeba dodawać, że instynktowną reakcją ludzkości przy pierwszym kontakcie jest zastrzelenie wszystkich poza dwoma osobnikami. Schwytane i przewiezione do londyńskiego Exozoo, stają się obiektem prób komunikacji podejmowanych przez najbystrzejsze ludzkie umysły – prób, które kończą się fiaskiem, gdy Utody nie przechodzą żadnego z opracowanych przez człowieka testów inteligencji. Tymczasem sami Utodowie odmawiają kontaktu z dziwną rasą dwunożnych istot, których drugi otwór ciała ukryty jest pod ubraniem i które odrzucają świętość tarzania się w gnoju na rzecz obsesyjnej czystości. Ostatecznie los jednego z ludzi prowadzi go do życia wśród Utodów i nauki ich obyczajów.

Powieść Aldissa jest wyraźną opowieścią o problemach pierwszego konfliktu i błędach wynikających z antropocentrycznych założeń ludzkości dotyczących natury inteligencji. Utodowie są rasą złożoną i wysoko rozwiniętą, co czytelnik widzi w rozdziałach przedstawionych z ich punktu widzenia. Jednak dystans kulturowy między rasami oraz założenia co do tego, co czyni formę życia inteligentną i cywilizowaną, sprawiają, że ludzie nie są w stanie postrzegać Utodów jako czegokolwiek więcej niż obcych świń, wypuszczonych do tarzania się w brudzie przez jakiegoś niewidzialnego właściciela – prawdziwą inteligencję przypisując jedynie twórcom statku kosmicznego. Jeden z ludzkich przywódców oznajmia pojmanym Utodom, że „cywilizację mierzy się odległością, jaką człowiek stworzył między sobą a własnymi odchodami”. Dla Utodów, u których ekskrementy są oznaką płodności, to właśnie czystość jest grzechem. Ludzcy naukowcy zostają więc postawieni wobec obciążonego filozoficznie pytania: czy podróże kosmiczne są zachowaniem instynktownym, jak ptasie migracje na zimę, czy też miarą inteligencji?

Historia ta jest czymś więcej niż przeciągniętym żartem fekalnym i w rzeczywistości stanowi zręczną satyrę na podstawowe założenia zachodniej cywilizacji dotyczące „ras niższych”. Fakt, że powieść wyszła spod pióra brytyjskiego autora, nadaje jej dodatkowego ciężaru, przywodząc na myśl silny kontekst postkolonialny. Co więcej, była to satyra bardzo na czasie – książka powstała w okresie, gdy europejskie potęgi próbowały wycofać się z afrykańskich kolonii lub utrzymać nad nimi kontrolę. W pewnym momencie ludzcy naukowcy próbują podejść do Utodów nie jak do zwierząt, lecz jak do Afrykanów. (Nie chodzi tu wyłącznie o Wielką Brytanię – powieść przywołuje również los rdzennych Amerykanów jako przykład imperializmu i kulturowego podporządkowania). Jako krytyka ludzkiej arogancji i kulturowo uwarunkowanych oczekiwań The Dark Light Years jest znakomitym pomysłem, a Aldiss zdaje się czerpać z niego sporą przyjemność, co widać w sporadycznych dygresjach.

Sama realizacja wypada jednak gorzej. Aldiss pisze z wyraźnym przymrużeniem oka, co uznałem za nieco rozpraszające, i konstruuje ludzkie postacie w taki sposób, że są one całkowicie ślepe na możliwość istnienia inteligencji u obcych. Fabuła przeskakuje pomiędzy wieloma pomniejszymi bohaterami o znikomym znaczeniu, którzy pozostają bezbarwni – jedna bardzo słabo rozwinięta, a jednocześnie istotna postać pojawia się dopiero w ostatnich rozdziałach. Utodowie są na tyle dziwaczni, że wymykają się logice i zasadom higieny, a traktowanie ich jako czegoś więcej niż czysto fikcyjnego konstruktu wymaga sporego zawieszenia niewiary. Krótko mówiąc, powieść jest wyraźnie ustawiona pod tezę, przechylona bardziej w stronę społecznej satyry na ludzkie niedostatki niż w kierunku wiarygodnej opowieści. Jest to jednak komentarz społeczny wykonany na tyle sprawnie, że staje się on jej główną zaletą – to rodzaj satyry, w której hiperbola czyni przekaz jeszcze bardziej dotkliwym.

The Dark Light Years opiera się na znakomitym pomyśle satyrycznym – realizacja zawodzi, choć zwłaszcza zakończenie wypada bardzo dobrze. To mroczna i cyniczna powieść, podejmująca jedne z najgorszych przywar ludzkości: płynną skalę oczekiwań wobec tego, co uznaje się za cywilizowane i inteligentne, oraz wykluczanie ras, które nie spełniają tych samodzielnie ustalonych kryteriów. Utodowie są dziwacznym konstruktem, lecz sposób, w jaki traktują ich ludzie, podąża dokładnie tą samą ścieżką, jaką XIX-wieczni imperialiści stosowali wobec innych „niecywilizowanych” kultur. Zamiast etnocentryzmu mamy tu antropocentryzm. Jako opowieść nie jest to najlepsza książka Aldissa, jaką czytałem, i poza znakomitym zakończeniem nie do końca dorasta do własnego pomysłu, ograniczana przez płaskie, słabo rozwinięte postacie. Inni autorzy SF z większym powodzeniem eksplorowali ten sam temat – na myśl przychodzi Solaris Lema. Niemniej jednak idea stojąca za tą powieścią jest dojrzała i poruszająca, będąc jednocześnie miażdżącym oskarżeniem i zabawną czarną komedią. Umiarkowanie polecana ogólnym czytelnikom science fiction, a znacznie bardziej tym, którzy podzielają podobny cynizm lub mają upodobanie do ponurych satyr.

I jak zwykle na koniec – zdjęcia omawianej książki.

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – strona tytułowa

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – pierwsza strona

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – strona redakcyjna

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – pierwsza strona opowieści

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – ostatnia strona opowieści

Mroczne lata świetlne – grzbiet

Brian W. Aldiss Mroczne lata świetlne – czwarta strona okładki

Klasycy współczesnej SF to była świetna seria. Jeśli chcecie się podzielić swoimi uwagami – piszcie.


[1] https://sciencefictionruminations.com/2011/01/07/book-review-the-dark-light-years-brian-aldiss-1964/

[2] https://yellowedandcreased.wordpress.com/2015/05/05/the-dark-light-years-brian-aldiss/

0
komentarzy