Nie to, że piszę o treści, piszę o formie.
Przez całe życie zbierałem książki. Miałem, mam ich wiele tysięcy. Kiedyś ekscytowałem się białymi krukami, pierwszymi wydaniami. Teraz widzę makulaturę. Otwieram pierwsze wydanie, nakład sto egzemplarzy, i czuję tylko kurz, od którego chce się kichać. Czytać coś takiego? Nie. Mam uczulenie na kurz.
Szukanie jakichś zapamiętanych myśli w czymś takim, to mordęga. W komputerze wpiszę słowo, dwa i znajdę od razu. Tutaj trzeba poświęcić kwadrans. I zdrowie.
Nie ma szans, żeby młode pokolenie zaszczepić pasją do książek. Jakby to powiedział spec od marketingu – to po prostu zły produkt jest.
Oczywiście, wszystko zależy od. Nie powiem Wam: „o jaką ładną macie półkę śmieci”, ale mogę powiedzieć: „spójrzcie na moją półkę śmieci i bierzcie z tego wszyscy”. Kiedyś miałem wręcz nabożne podejście do książek. Jak pożyczona książka wracała do mnie z naderwaną obwolutą, to byłem roztrzęsiony. A jak widziałem, że ktoś to próbował jeszcze naprawiać taśmą klejącą, to wkurw mnie ogarniał.
Ha, a teraz zacząłem opisywać klubówki. Na starość człowiek głupieje 🙂
A post pochodzi z 22 marca 2015 roku. Międzyczasie wyrzuciłem setki książek, bo nawet nie opłacało się ich sprzedać – więcej czasu zajęłoby ich opisywanie, wysyłanie (jakoś przekonania, aby zaprosić jakiegoś hurtownika nie miałem) niż wynosi minimalna stawka godzinowa (za te pieniądze nie opłaciłbym sobie nawet minimalnej stawki godzinowej prawnie dozwolonej :).
A po książki zwyczajnie przyjeżdżali śmieciarze odbierający papier raz na cztery tygodnie.