mar 22

Andre Norton „Gwiezdny łowca”

5/5 - (1 vote)
Andre Norton „Gwiezdny łowca” - okładka

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – okładka

Tytuł oryginału: Star Hunter

Przekład: nieznany (tłumacz znany Konradowi Zielińskiemu)[1]

Rok wydania oryginału: 1961

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1986

Miejsce wydania: Łódź

Liczba stron: 92 (85 numerowanych)

Projekt okładki: Witold Idczak

Poprzedni wpis poświęciłem w dużej mierze tłumaczeniom. Generalnie wyszło, że klubowe przekłady były lepsze niż pierwsze oficjalne tłumaczenia (pierwszego obiegu).

To dzisiaj o kiepskim tłumaczeniu w trzecim obiegu. Mam tu na myśli książkę, do której twórcy klubówek nie za bardzo chcą się przyznać. Chodzi o Gwiezdnego łowcę.

Ta książka była na Skrze legendą. Nigdy jej w tamtych czasach w rękach nie miałem. Krążyły o niej opowieści – podśmiechujki, ale o co w nich chodziło w pełni zrozumiałem dopiero 30 lat później czytając książkę Artura Nowakowskiego Klubówkowe szaleństwo. Autor poświęca w niej osobny podrozdział tematyce jakości tłumaczeń. I znaleźć tam można ciekawą opowieść Konrada Zielińskiego właśnie o Gwiezdnym łowcy.

Konrad Zieliński w 1986 roku otrzymał antynagrodę Złotego Meteora za jakość wydawnictw klubowych[2] i tak tłumaczył powody jej otrzymania[3]:

Dostałem tę „nagrodę” głównie za „Gwiezdnego łowcę” i za „Kukułcze jaja z Midwich”, które nie były moimi książkami. Wyszły, co prawda w Łodzi, ale nie miałem z nimi nic wspólnego. Był taki człowiek w moim klubie, z którym nie chciałem współpracować. Wydawało mu się, że potrafi tłumaczyć, ale tak nie było. Robił straszne rzeczy. Pierwszą próbką było „W poszukiwaniu Weyr” Anne McCaffrey. Był już błąd w tytule, który oryginalnie brzmi „Weyr Search”, czyli powinien być przetłumaczony jako „Weyr na poszukiwaniach” albo „Poszukiwania Weyr”. […]

Natomiast kompletną tragedią był „Gwiezdny łowca” Andre Norton. Zrobiono to poza moimi plecami w jakiejś drukarni, o której nic mi nie wiadomo. To była inicjatywa wspólna owego niewydarzonego „tłumacza” oraz Witolda Idczaka (autora okładki). Miałem z tym tyle wspólnego, że obaj należeli do łódzkiego klubu Phoenix. Zobaczyłem to dzieło dopiero, gdy już było gotowe. Oczywiście kupiłem egzemplarz, pośmiałem się – i tyle. Potem na jakimś konwencie spotkałem osobę odpowiedzialną za zbiory biblioteczne w jednym z klubów i ona mnie spytała, dlaczego to do nich nie trafiło. Wytłumaczyłem jej wszystko i dodałem: „Człowieku, to jest straszne!” Odpowiedział, że przecież są ludzie, którzy zbierają absolutnie wszystko. Odradzałem mu, ale bardzo nalegał. Dałem się namówić i na kolejny konwent przywiozłem pięćdziesiąt czy sto sztuk. I oto cała historia.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - rekord BN

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – rekord BN

No cóż, w jednym z rekordów Biblioteki Narodowej „Metal Phoenix” figuruje jako wydawca tej książki. W drugim rekordzie, który jest poświęcony temu wydaniu (ten sam opis fizyczny) wydawca jest nieznany.

Sięgnąłem do tej książki pierwszy raz od dawna i faktycznie da się to czytać jedynie z uśmiechem.

No to pośmiejmy się razem:

Duży nahuatlański księżyc szedł śladami swego zielonkawego towarzysza znajdującego się po drugiej stronie bezchmurnego nieba. Gwiazdy natomiast były ułożone na wzór ogromenego węża owiniętego dookoła pucharu. Ras Hume wyczuł niebezpieczeństwo ze strony kwiatów-kolcy rosnących na skraj u tarasu Domu Przyjemności. Zrozumiał to. Stary rodzaj ludzki był wcięż pełen nienawiści, którą przywiózł ze swej rodzinnej planety do odległych gwiazd. Złot było symbolizowane wijącą się po ziemi, zawiłą ścieżką. I Nahuatl, podobnie jak wiele innych światów, na których przebywał Wass, był wężem.

Tej nocy wiał wschodni wiatr. Dżungla rosnących na tarasie, tajemniczo wyglądających roślin z tuzina innych światów dopełniała tego misterium zła.

– Hume ? – ktoś zapytał cienkim głosem.

– Hume – odpowiedział cicho swoim nazwiskiem.

Strugi brylantowego światła oślepiły go i ukazały ścieżkę biegnąc wśród roślinnego korytarza. Hume ociągał się chwilę, a następnie obojętnie wszedł. Wass był Veep ciemnego imperium, lecz to było daleko od świata, z którego Ras Hume wyruszył. Tak rozmyślając szedł korytarzem, którego iluminowanymi ścianami były liście i kwiaty. Hume zauważył nagle niezwykle zawiłą rzeźbę wyobrażającą coś diabelskiego i nieludzkiego, stojącą wśród innych podobnych dzieł. Posąg wypuszczał nozdrzami duże kłęby dymu, które Hume rozpoznał po zapachu i uśmiechnął się. Ten narkotyk obezwładniał zwykłych ludzi, lecz on szybko się tylko odwrócił, połykając tablektę uodporniającą go od takich oparów.

Naprzeciw siebie zobaczył drzwi, które miały nadproże i ramy bogato zdobione, pokryte rzeźbami. Hume rozpoznał dzieło Terren i domyślił się, że jest bardzo stare. Być może prawdą było to, że ojczyzną Milfors Wass był Nahuatl.

Pokój, w przeciwieństwie do pięknie rzeźbionego wejścia, był ponury i nie zdobiony.
Rdzawe ściany z rzadka pokryte były wzorami – poza powierzchnią złotego dysku.

I nie ja zrobiłem te literówki – które i tak są najmniejszym problemem tego tekstu.

Spójrzmy na oryginał[4]:

Nahuatl’s larger moon pursued the smaller, greenish globe of its companion across a cloudless sky in which the stars made a speckled pattern like the scales of a huge serpent coiled around a black bowl. Ras Hume paused at the border of scented spike-flowers on the top terrace of the Pleasure House to wonder why he thought of serpents. He understood. Mankind’s age-old hatred, brought from his native planet to the distant stars, was evil symbolized by a coil in a twisted, belly-path across the ground. And on Nahuatl, as well as a dozen other worlds, Wass was the serpent.

A night wind was rising, stirring the exotic, half-dozen other worlds’ foliage planted cunningly on the terrace to simulate the mystery of an off-world jungle.

„Hume?” The inquiry seemed to come out of thin air over his head.

„Hume,” he repeated his own name calmly.

A shaft of light brilliant enough to dazzle the eyes struck through the massed vegetation revealing a path. Hume lingered for a moment, offering a counterstroke of indifference in what he had always known would be a test of wits. Wass was Veep of a shadowy empire, but that was apart from the world in which Ras Hume moved.

He strode decisively down the corridor illuminated between leaf and blossom walls. A grotesque lump of crystal leered at him from the heart of a tharsala lilly bed. The intricate carving of a devilish nonhuman set of features was a work of alien art. Tendrils of smoke curled from the thing’s flat nose trils, and Hume sniffed the scent of a narcotic he recognized.

He smiled. Such measures might soften up the usual civ Wass interviewed here. But a star pilot turned out-hunter was immunized against such mind clouding.

There was a door, the lintel and posts of which had more carving, but this time Terran, Hume thought-old, very old. Perhaps rumor was right, Milfors Wass might be truly native Terran and not second, third, nor fourth generation star stock as most of those who reached Nahuatl were.

The room beyond that elaborately carved entrance was, in contrast, severe. Rust walls were bare of any pattern save an oval disk of cloudy golden shimmer…

A teraz tłumaczenie Katarzyny Karłowskiej z wydania Rebisu z roku 1994[5]:

Większy księżyc Nahuatl ścigał mniejszą, zielonkawą kulę swego towarzysza po bezchmurnym niebie, na którym gwiazdy lśniły niczym łuski ogromnego węża, oplecionego wokół czarnej misy. Ras Hume stanął przy grzędzie wonnej lawendy, wytyczającej granice górnego tarasu Domu Rozkoszy. Zastanowiło go, dlaczego przyszedł mu na myśl wąż. Po chwili zrozumiał. Z tym obiektem odwiecznej ludzkiej nienawiści, sprowadzonym przez człowieka z rodzinnej planety na odległe gwiazdy, kojarzyła się symbolicznie złowrogo skręcona, wklęsła ścieżka przecinająca ten teren. A samego Wassa, tak na Nahuatl, jak i kilkunastu innych światach reprezentował wąż.

Pierwsze podmuchy nocnego wiatru poruszały liśćmi egzotycznych roślin z innych światów. Posadzone przemyślnie, miały symulować tajemnice obcych dżungli.

– Hume? – Pytanie wydawało się rozbrzmiewać w przestrzeni nad jego głową.

– Hume – powtórzył spokojnie własne nazwisko.

Strumień oślepiającego światła przebił się przez zieloną gęstwinę, ukazując ścieżkę. Hume zawahał się na moment, odpowiadając obojętnością na ten jakże dobrze mu znany test sprawności władz mentalnych. Wass był VIP-em podziemnego imperium, nie należącym jednak do tego świata, po którym poruszał się Hume.

Zdecydowanym krokiem ruszył oświetlonym korytarzem, między ścianami z liści i kwiatów. Z kępy lilii tharsala łypnęła na niego złośliwie kryształowa bryła. Misternie wyrzeźbione diabelskie rysy były wytworem obcej sztuki. Z płaskich nozdrzy stwora dobywały się smużki dymu i Hume poczuł won znajomego narkotyku. Uśmiechnął się. Takie metody działały być może na zwykłych cywilów, których Wass tu przesłuchiwał. Jednakże pilot gwiezdny, w obecnej chwili Poszukiwacz Ścieżek, posiadał umysł odporny na takie sztuczki.

Stanął pod drzwiami, których nadproże i ościeżnice zdobiły bogatsze jeszcze rzeźbienia. Terrańskie, uznał Hume, i stare, bardzo stare. Być może pogłoski mówiły prawdę, Milfors Wass mógł być naprawdę Terraninem z pochodzenia i to nie w drugim, trzecim czy czwartym pokoleniu gwiezdnej rasy, z których wywodziła się większość tych, którzy dotarli do Nahuatl.

Surowe wnętrze komnaty stanowiło kontrast wobec ozdobnego wejścia. Rdzawe ściany były zupełnie nagie z wyjątkiem owalnego dysku rzucającego mętny, złotawy poblask.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - paragon

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – paragon

Egzemplarz, którego sześć zdjęć poniżej prezentuję, kupiłem w tym tygodniu (w zeszłym, jeśli niedzielę przyjmiemy za pierwszy dzień tygodnia. Gdzie kupiłem? W Łodzi, oczywiście. Oczywiście, przy pomocy Internetu.

Książka aktualnie nie jest łatwo dostępna, trafiają się w sieci raz na jakiś czas pojedyncze egzemplarze, ale nie jest dostępna non stop. Jeśli ktoś poluje na tę książkę, to ją w końcu upoluje, ale to nie Władca gromu, którego na samym Allegro jest kilkanaście egzemplarzy.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - strona tytułowa

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – strona tytułowa

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - strona o autorze, nienumerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – strona o autorze, nienumerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - pierwsza strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – pierwsza strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - ostatnia strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – ostatnia strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - grzbiet książki

„Gwiezdny łowca” – grzbiet

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - czwarta strona okładki

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – czwarta strona okładki

Powyższy egzemplarz mam od kilku dni, ale od roku 2014 mam egzemplarz w twardej oprawie:

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, przód

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, przód

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, grzbiet

„Gwiezdny łowca” grzbiet

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, tył

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, tył

Ten egzemplarz kupiłem za 8 zł. Przeglądając swoje maile widzę, że miałem również egzemplarz w miękkiej oprawie kupiony za 14 zł w roku 2009, ale nie mogę go znaleźć.

A odnośnie twardych opraw to też ciekawy temat, który może w którymś z wpisów rozwinę. Prawie zawsze książkę oprawiał już końcowy czytelnik, ale był przynajmniej jeden wyjątek – była książka (kserówka), która od razu wyszła w twardej introligatorskiej oprawie i nie miała swojej miękkiej wersji. Sprzedałem jej kilkadziesiąt egzemplarzy i pamiętam, że jeden egzemplarz powinienem jeszcze mieć, ale – podobnie jak Gwiezdnego łowcy za 14 zł – też nie mogę go znaleźć.

Mam na myśli kserówkę – tak o nich mówiliśmy na Skrze – Artur Nowakowski posługuje się terminem bazarówka i przytacza kolejne słowa Konrada Zielińskiego: „Z mojego punktu widzenia bazarówką był Gwiezdny łowca…” [6].

Dobrze, kończę już, bo im dłużej siedzę nad tym tekstem, to ciągle przychodzą mi do głowy nowe rzeczy, które chciałbym dopisać. Kończę i jak zwykle – zapraszam do komentowania.

No, nie – dodam jeszcze, że oryginał Star Hunter wziąłem ze strony Project Gutenberg[7] – The Project Gutenberg eBook of Star Hunter[8]. Warto tę inicjatywę polecić – serwis publikuje utwory znajdujące się w domenie publicznej według prawa USA albo takie, do których ma zgodę autorów. Oznacza to, że można je swobodnie czytać, kopiować i rozpowszechniać.[9] I jeszcze dodatkowym atutem jest dbałość o szczegóły – np. na marginesie wydania elektronicznego jest podany numer strony z wydania papierowego.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - Projekt Gutenberg

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – Projekt Gutenberg


[1] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 104-105

[2] Laureaci Złotego Meteora, [w:] Fikcje. Wydanie Specjalne, Śląski Klub Fantastyk, Katowice 1991, s. 10

[3] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, op. cit., s. 104-105

[4] Andre Norton, Star Hunter, Ace Books, New York 1961, p. 5-6

[5] Andre Norton, Gwiezdny łowca, Rebis, Poznań 1994, s. 5

[6] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, op. cit., s. 74

[7] https://gutenberg.org/

[8] https://www.gutenberg.org/cache/epub/19090/pg19090-images.html

[9] https://en.wikipedia.org/wiki/Project_Gutenberg

0
komentarze

Reply