KLUBÓWKA
Tytuł oryginału: Alien
Rok wydania oryginału: 1979
Przekład: nieznany
Rok polskiego (klubowego) wydania: 1982 (MCMLXXXII)
Miejsce wydania: Warszawa
Wydawca: SFAN-CLUB / Staromiejski Dom Kultury ZSMP „Groteka”
Liczba stron: 88
Seria: Biblioteka SFAN-CLUBU tom 9.
Redaktor serii: Marek S. Nowowiejski
Projekt okładki: Andrzej Biedrzycki
Opracowanie do druku: Andrzej Biedrzycki, Dariusz Milerski
Napisy: Ewa Milerska
KSERÓWKA
Projekt okładki: Robert Szymański
Redaktor techniczny: Robert Szymański
Osoby o tym imieniu i nazwisku w środowisku wydawniczym polskiego fandomu, niestety, nigdzie nie odnalazłem. Nie wiem kim był, chociaż być może osobę tę znałem z widzenia.
Nie wiem kim był, ale był na pewno autorem tej okładki – projektu graficznego i kolażu. Jak to zrobił? Jak to się robiło?
Kupowało się arkusze z gotowymi literkami, które „wcierało się” ołówkiem w papier. Jeśli przyjrzycie się literom w słowie „FOSTER”, widać tam drobne nierówności charakterystyczne dla tej metody. Mam nawet jeszcze te stare kalkomanie Kalgrafy – i mam ten sam, z którego Szymański korzystał – blok tłusty 48 – jak możecie porównać – jest to ta sama czcionka. Ale może od początku.
Najpierw szukało się odpowiedniej do tytułu ilustracji – szukało się w zachodnich czasopismach, podręcznikach gier RPG czy albumach z grafiką fantasy. I jak podpowiada Gemini:
Z ogromnym prawdopodobieństwem ilustracja pochodzi z jednego z amerykańskich lub brytyjskich, czarno-białych magazynów komiksowych z nurtu Dark Fantasy / Horror, które fani przywozili z Zachodu i traktowali jak świętość. Styl grafiki mocno wskazuje na:
Warren Publishing (magazyny „Creepy”, „Eerie” lub „Vampirella”): Słynęły z czarno-białych, szczegółowych rysunków tuszem. Kobieta z grafiki, jej szpony, obcisłe spodnie i potwór z twarzą gargulca to klasyczne motywy z historii grozy publikowanych w tych antologiach w latach 70.
„Heavy Metal” / „Métal Hurlant”: Mroczne, surrealistyczne ilustracje, często epatujące drapieżną seksualnością (kobieta w pozie dominującej nad potworem) były wizytówką tych magazynów.
Mając już odpowiednią ilustrację doklejało się do niej (a w zasadzie naklejało na niej) metodą tradycyjnego kolażu („wytnij i wklej” z użyciem nożyczek i kleju) napisy, a później całość się kserowano.
W większości takich wydawnictw ilustracja dość luźno nawiązywała do treści książki – ważne, żeby wpadała w oko. W tym wypadku jest podobnie – kobieta z dziką fryzurą, w pasiastych, obcisłych spodniach, bluzce z bufkami i z długimi pazurami, pod którą leży demoniczny potwór z ludzką twarzą, długim jęzorem i gadzimi łapami, nie ma absolutnie nic wspólnego z fabułą „Obcego” (nie jest to ani Ellen Ripley, ani ksenomorf).
Litery, jak już pisałem, doklejono wykorzystują kalkomanie Kalgraf (w imieniu autora Szymański zrobił błąd dodając jedno L), a tytuł OBCY wpisany w romb to już całkiem ręczna robota – po prostu słowo zostało narysowane od linijki czarnym tuszem na białej kartce.
W podobny sposób (z wykorzystaniem kalkomanii) zrobiona jest strona tytułowa i redakcyjna. A środek to już samo ksero z wydania klubowego – że to ksero widać po plamach z tonera (np. na dolnej prawej krawędzi trzeciej strony klubówki – „pierwsza strona opowieści”)
Takie były czasy – sam tak robiłem, np. z „Dżumą w Nowym Jorku” (o której jeszcze będę pisać) handlując na Skrze, pod Domami Centrum, czy pod Smykiem. Wiem, wiem, nie ma się czym chwalić, etycznie jest to wątpliwe.
Klubówkę Fostera dzisiaj trudno kupić, raz na jakiś czas trafia się na Allegro, ale szybko z niego znika. Mi się trafiła w marcu za 120 zł. A kserówka pewnie jest nie do dostania.
A jeśli chodzi o samego Obcego, to dzięki filmowi Ridleya Scotta fabułę tej książki zna prawie każdy. Transportowiec „Nostromo” w drodze na Ziemię niespodziewanie zatrzymuje się po odebraniu tajemniczego sygnału z nieznanej planety. Załoga, zgodnie z procedurami, decyduje się zbadać jego źródło, nie podejrzewając, że natrafi na śmiertelne zagrożenie… I wszyscy wiecie, co było potem.
No i zdjęcia.
KLUBÓWKA
KSERÓWKA
Mam jedynie wersję tej kserówki w twardej oprawie, więc nie wiem, jak wyglądał jej oryginalny grzbiet.
I na koniec jeszcze miłe słowa od „sztucznej inteligencji”:
Choć nie potrafię wskazać Ci linku z „oryginalnym plikiem” (bo taki nigdy nie istniał), trzymasz w rękach wspaniały dowód rzemieślniczej, chałupniczej kreatywności polskich fanów fantastyki z czasów, gdy na legalną książkę trzeba było czekać latami. Romb i wstęga to po prostu wizja fana, który chciał, żeby tytuł wyglądał „kosmicznie” i nowocześnie, używając do tego wyłącznie tuszu i nożyczek.














