Archiwum dla miesiąca marzec, 2026

mar 29

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki”

5/5 - (1 vote)
Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - okładka

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – okładka

Tytuł oryginału: The Cosmic Puppets

Rok wydania oryginału: 1957

Przekład: Ryszard Fiejek

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1988

Miejsce wydania: Warszawa

Liczba stron: 140

Druk: STUDRUK W-wa. Zam. 11/88

Nakład: 100 egzemplarzy (deklarowany)

I znowu Dick może ktoś powie. No, cóż, Dick to mój ulubiony pisarz. I pewnie dlatego poleciłem tę książkę… Ale od początku. Pamiętam, jak ojciec widząc, że czytam inną literaturę niż on, chciał poczytać co ja czytam. Dałem mu właśnie Kosmiczne marionetki. Wczoraj przeczytałem tę książkę ponownie i nie wiem czemu. Może wtedy widziałem w tej krótkiej powieści coś więcej niż dzisiaj, ale pewnie właśnie dlatego poleciłem tę książkę, że Dick to mój ulubiony pisarz.

Książka w edycji klubowej (były też dwa wydania oficjalne) jest łatwo dostępna – na samym Allegro jest w tej chwili sześć egzemplarzy – najtańszy za 70,83 zł, najdroższy za 99,90 zł.

Piszę „były też dwa wydania oficjalne”, a to też jest jakby oficjalne. Nikt się z nim nie ukrywał, była nawet recenzja w legalnie wydawanym piśmie[1]:
Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - recenzja z Fikcji

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – recenzja z Fikcji

Trochę mnie dziwią wypowiedzi w książce Artura Nowakowskiego „Klubówkowe szaleństwo” o tym, że bano się „dekonspiracji” ruchu wydawniczego klubówek:

Do zdemaskowania klubowej działalności wydawniczej doszło dwa razy: w okolicach roku 1985 i drugi raz jakieś trzy lata później, w jednym i drugim przypadku z udziałem środowisk warszawskich.[2]

Wydania bazarowe oceniano źle również z tego powodu, iż rodziły zbyteczne zainteresowanie przypadkowych osób […]. Istnieje poza tym przekonanie, że odkrycie przez władze nielegalnego procederu wydawania i dystrybucji klubówek spowodowały właśnie bazarowe edycje fantastyki. Właściwie trudno z tym dyskutować: gdyby zostawić trzeci obieg w granicach fandomu, byłoby mniejsze niebezpieczeństwo rozpoznania go i wyłapania przez władze. Według tych samych przekonań, przy drugiej z tak zwanych wpadek (w okolicach roku 1987) winę ponosiła już nie tylko Warszawa, ale także środowiska poznańskie.[3]

Ale Panowie, o czym tu mowa? Sami dekonspirowaliście swoje wydawnictwa, skoro w legalnie wydawanych czasopismach o tych książkach pisaliście.

A dzięki bazarowym edycjom fantastyki ja (oraz tysiące innych) miałem szerszy kontakt ze światową fantastyką. Skra, a nie kluby, to było moje okno na świat. W klubach dostęp do fantastyki na pewno nie był dla wszystkich. Byłem dwa razy na klubowych spotkaniach przy Grójeckiej i książek tam nie uświadczyłem. Pytałem. Był jakiś wykład, a później gry fabularne.

Ale może chodzi o to, że władza przymykała oko na małe nakłady, a bano się, że jak będą duże to to ukróci.

Wracając do Kosmicznych marionetek, w swojej recenzji tej książki tak entuzjastyczny jak Romuald Pawlak bym nie był. Książka się świetnie zaczyna, jest typowy dickowski klimat, że rzeczy nie są takimi jak się wydają, ale końcówka mocno rozczarowuje.

Ted Barton, przed laty wyjechawszy się z Millgate w Wirginii, wraca tam z żoną Peg, by zastać swoje rodzinne miasteczko dziwacznie, niemal chorobliwie odmienione. Układ ulic, charakterystyczne budynki – nic nie zgadza się z jego wspomnieniami, a sami mieszkańcy żyją w ślepej, otępiałej nieświadomości tej sprzecznej z ich własnym istnieniem przeszłości. Peg, nie potrafiąc znieść rosnącej obsesji męża na punkcie tego miejsca, porzuca go, podczas gdy on zapuszcza się coraz głębiej w trzewia obcego miasta.

Gdzieś na ulicach tego fałszywego Millgate, Barton napotyka troje przychylnych mu tubylców: doktora Meade’a, lekarza rodzinnego, jego córkę, Mary, oraz Williama Christophera, miejscowego pijaczka. Jednak wokół Mary krąży jej złowrogi rewers – Peter Trilling, zwodniczo niepozorny dzieciak właścicielki tutejszego pensjonatu. Kiedy ucieczka z miasteczka okazuje się ostatecznie niemożliwa, a jedyną drogę wyjazdową blokuje zakleszczona, niczym w absurdalnym koszmarze, ciężarówka z drewnem, Barton poznaje miejscowego pijaka –  Christophera – który jako jedyny pamięta wymazaną przeszłość.

Christopher wspomina incydent zwany „Zmianą”, anomalię sprzed osiemnastu lat, która nastąpiła krótko po tym, jak Barton wyjechał. W swoim prawdziwym życiu Christopher był elektrykiem; teraz desperacko próbuje przywrócić ukrytą matrycę rzeczywistości Millgate. Doktor Meade i Mary zdają się dążyć do tego samego. Szybko wychodzi na jaw, że pacjenci z „Domu Cieni” Meade’a to w istocie „Wędrowcy” – eteryczne, odcieleśnione echa dawnych mieszkańców wymazanego miasta, potrafiące komunikować się z Mary i nielicznymi wybranymi. Kiedy Barton ze zgrozą i fascynacją odkrywa, że potrafi siłą woli cofać przedmioty do ich pierwotnej formy – odtwarzając nawet wymazany z istnienia park – Mary ujawnia, że i ona jest w pełni świadoma Przemiany oraz iluzji, w której tkwią.

Mary i Peter uwikłani są w cichą, nadnaturalną wojnę zastępczą, toczoną w ukryciu przed wzrokiem śmiertelników. Ona ma do dyspozycji potęgę natury: pszczoły, ćmy, koty i muchy; on rzuca do walki kreatury z koszmarów – pająki, węże, szczury i bezduszne golemy. Gdy makabryczni słudzy Petera rzekomo mordują Mary, nawet ten szokujący akt nie wystarcza, by wyrwać doktora Meade’a z otępiającej, bezpiecznej iluzji jego ludzkiej powłoki. Nad klaustrofobicznym Millgate pochylają się jednak dwa monstrualne, kosmiczne byty. Barton uświadamia sobie, że Meade jest jednym z nich, w tym samym momencie, gdy Peter Trilling zrzuca ludzką maskę, obnażając swoją prawdziwą, złośliwą, boską naturę. Bestie Trillinga atakują Bartona, Christophera i Wędrowców, lecz ofensywa załamuje się, gdy Meade wreszcie przypomina sobie, kim jest, i ponownie przyobleka się w swój boski majestat.

W wielkim finale Millgate staje się epicentrum starcia dwóch bliźniaczych, choć diametralnie przeciwstawnych demiurgów zaczerpniętych prosto z zurwanizmu: Arymana („ducha zniszczenia”) i Ormuzda („stwórcy”). Gdy Ormuzd ostatecznie odnosi triumf, Mary ujawnia swoją tożsamość; jest w istocie mesjańską córką stwórcy, Armaiti. To ona pociągała za sznurki, planując zarówno wygnanie, jak i powrót Bartona, chłodno kalkulując moment, w którym będzie można rozedrzeć fałszywą tkankę iluzji Arymana. Dawne Millgate znów krzepnie, odzyskując swoją materialność. Christopher potulnie wraca do zawodu elektryka, a litościwa amnezja wymazuje z jego umysłu pamięć o Przemianie. Barton wyjeżdża, zostawiając za sobą miasto, któremu właśnie przywrócił jego „prawdziwą” naturę.

I jak zwykle na koniec – zdjęcia omawianej książki.

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - strona tytułowa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – strona tytułowa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - strona redakcyjna

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – strona redakcyjna

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - pierwsza strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – pierwsza strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - ostatnia strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – ostatnia strona opowieści

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - grzbiet książki

Kosmiczne marionetki – grzbiet

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - czwarta strona okładki

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – czwarta strona okładki

Tę klubówkę mam też w twardej oprawie – kupiłem ją 12 lat temu za 8 zł (od tej samej osoby co Gwiezdnego łowcę).

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” - twarda oprawa

Philip K. Dick „Kosmiczne marionetki” – twarda oprawa

Jeśli chcecie się podzielić swoimi uwagami – piszcie.


[1] Romuald Pawlak, Nowy, wspaniały Dick, „Fikcje” 1987, nr 11 (49), s. 28

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 55

[3] Ibidem, s. 74

0
comments

mar 22

Andre Norton „Gwiezdny łowca”

5/5 - (1 vote)
Andre Norton „Gwiezdny łowca” - okładka

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – okładka

Tytuł oryginału: Star Hunter

Przekład: nieznany (tłumacz znany Konradowi Zielińskiemu)[1]

Rok wydania oryginału: 1961

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1986

Miejsce wydania: Łódź

Liczba stron: 92 (85 numerowanych)

Projekt okładki: Witold Idczak

Poprzedni wpis poświęciłem w dużej mierze tłumaczeniom. Generalnie wyszło, że klubowe przekłady były lepsze niż pierwsze oficjalne tłumaczenia (pierwszego obiegu).

To dzisiaj o kiepskim tłumaczeniu w trzecim obiegu. Mam tu na myśli książkę, do której twórcy klubówek nie za bardzo chcą się przyznać. Chodzi o Gwiezdnego łowcę.

Ta książka była na Skrze legendą. Nigdy jej w tamtych czasach w rękach nie miałem. Krążyły o niej opowieści – podśmiechujki, ale o co w nich chodziło w pełni zrozumiałem dopiero 30 lat później czytając książkę Artura Nowakowskiego Klubówkowe szaleństwo. Autor poświęca w niej osobny podrozdział tematyce jakości tłumaczeń. I znaleźć tam można ciekawą opowieść Konrada Zielińskiego właśnie o Gwiezdnym łowcy.

Konrad Zieliński w 1986 roku otrzymał antynagrodę Złotego Meteora za jakość wydawnictw klubowych[2] i tak tłumaczył powody jej otrzymania[3]:

Dostałem tę „nagrodę” głównie za „Gwiezdnego łowcę” i za „Kukułcze jaja z Midwich”, które nie były moimi książkami. Wyszły, co prawda w Łodzi, ale nie miałem z nimi nic wspólnego. Był taki człowiek w moim klubie, z którym nie chciałem współpracować. Wydawało mu się, że potrafi tłumaczyć, ale tak nie było. Robił straszne rzeczy. Pierwszą próbką było „W poszukiwaniu Weyr” Anne McCaffrey. Był już błąd w tytule, który oryginalnie brzmi „Weyr Search”, czyli powinien być przetłumaczony jako „Weyr na poszukiwaniach” albo „Poszukiwania Weyr”. […]

Natomiast kompletną tragedią był „Gwiezdny łowca” Andre Norton. Zrobiono to poza moimi plecami w jakiejś drukarni, o której nic mi nie wiadomo. To była inicjatywa wspólna owego niewydarzonego „tłumacza” oraz Witolda Idczaka (autora okładki). Miałem z tym tyle wspólnego, że obaj należeli do łódzkiego klubu Phoenix. Zobaczyłem to dzieło dopiero, gdy już było gotowe. Oczywiście kupiłem egzemplarz, pośmiałem się – i tyle. Potem na jakimś konwencie spotkałem osobę odpowiedzialną za zbiory biblioteczne w jednym z klubów i ona mnie spytała, dlaczego to do nich nie trafiło. Wytłumaczyłem jej wszystko i dodałem: „Człowieku, to jest straszne!” Odpowiedział, że przecież są ludzie, którzy zbierają absolutnie wszystko. Odradzałem mu, ale bardzo nalegał. Dałem się namówić i na kolejny konwent przywiozłem pięćdziesiąt czy sto sztuk. I oto cała historia.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - rekord BN

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – rekord BN

No cóż, w jednym z rekordów Biblioteki Narodowej „Metal Phoenix” figuruje jako wydawca tej książki. W drugim rekordzie, który jest poświęcony temu wydaniu (ten sam opis fizyczny) wydawca jest nieznany.

Sięgnąłem do tej książki pierwszy raz od dawna i faktycznie da się to czytać jedynie z uśmiechem.

No to pośmiejmy się razem:

Duży nahuatlański księżyc szedł śladami swego zielonkawego towarzysza znajdującego się po drugiej stronie bezchmurnego nieba. Gwiazdy natomiast były ułożone na wzór ogromenego węża owiniętego dookoła pucharu. Ras Hume wyczuł niebezpieczeństwo ze strony kwiatów-kolcy rosnących na skraj u tarasu Domu Przyjemności. Zrozumiał to. Stary rodzaj ludzki był wcięż pełen nienawiści, którą przywiózł ze swej rodzinnej planety do odległych gwiazd. Złot było symbolizowane wijącą się po ziemi, zawiłą ścieżką. I Nahuatl, podobnie jak wiele innych światów, na których przebywał Wass, był wężem.

Tej nocy wiał wschodni wiatr. Dżungla rosnących na tarasie, tajemniczo wyglądających roślin z tuzina innych światów dopełniała tego misterium zła.

– Hume ? – ktoś zapytał cienkim głosem.

– Hume – odpowiedział cicho swoim nazwiskiem.

Strugi brylantowego światła oślepiły go i ukazały ścieżkę biegnąc wśród roślinnego korytarza. Hume ociągał się chwilę, a następnie obojętnie wszedł. Wass był Veep ciemnego imperium, lecz to było daleko od świata, z którego Ras Hume wyruszył. Tak rozmyślając szedł korytarzem, którego iluminowanymi ścianami były liście i kwiaty. Hume zauważył nagle niezwykle zawiłą rzeźbę wyobrażającą coś diabelskiego i nieludzkiego, stojącą wśród innych podobnych dzieł. Posąg wypuszczał nozdrzami duże kłęby dymu, które Hume rozpoznał po zapachu i uśmiechnął się. Ten narkotyk obezwładniał zwykłych ludzi, lecz on szybko się tylko odwrócił, połykając tablektę uodporniającą go od takich oparów.

Naprzeciw siebie zobaczył drzwi, które miały nadproże i ramy bogato zdobione, pokryte rzeźbami. Hume rozpoznał dzieło Terren i domyślił się, że jest bardzo stare. Być może prawdą było to, że ojczyzną Milfors Wass był Nahuatl.

Pokój, w przeciwieństwie do pięknie rzeźbionego wejścia, był ponury i nie zdobiony.
Rdzawe ściany z rzadka pokryte były wzorami – poza powierzchnią złotego dysku.

I nie ja zrobiłem te literówki – które i tak są najmniejszym problemem tego tekstu.

Spójrzmy na oryginał[4]:

Nahuatl’s larger moon pursued the smaller, greenish globe of its companion across a cloudless sky in which the stars made a speckled pattern like the scales of a huge serpent coiled around a black bowl. Ras Hume paused at the border of scented spike-flowers on the top terrace of the Pleasure House to wonder why he thought of serpents. He understood. Mankind’s age-old hatred, brought from his native planet to the distant stars, was evil symbolized by a coil in a twisted, belly-path across the ground. And on Nahuatl, as well as a dozen other worlds, Wass was the serpent.

A night wind was rising, stirring the exotic, half-dozen other worlds’ foliage planted cunningly on the terrace to simulate the mystery of an off-world jungle.

„Hume?” The inquiry seemed to come out of thin air over his head.

„Hume,” he repeated his own name calmly.

A shaft of light brilliant enough to dazzle the eyes struck through the massed vegetation revealing a path. Hume lingered for a moment, offering a counterstroke of indifference in what he had always known would be a test of wits. Wass was Veep of a shadowy empire, but that was apart from the world in which Ras Hume moved.

He strode decisively down the corridor illuminated between leaf and blossom walls. A grotesque lump of crystal leered at him from the heart of a tharsala lilly bed. The intricate carving of a devilish nonhuman set of features was a work of alien art. Tendrils of smoke curled from the thing’s flat nose trils, and Hume sniffed the scent of a narcotic he recognized.

He smiled. Such measures might soften up the usual civ Wass interviewed here. But a star pilot turned out-hunter was immunized against such mind clouding.

There was a door, the lintel and posts of which had more carving, but this time Terran, Hume thought-old, very old. Perhaps rumor was right, Milfors Wass might be truly native Terran and not second, third, nor fourth generation star stock as most of those who reached Nahuatl were.

The room beyond that elaborately carved entrance was, in contrast, severe. Rust walls were bare of any pattern save an oval disk of cloudy golden shimmer…

A teraz tłumaczenie Katarzyny Karłowskiej z wydania Rebisu z roku 1994[5]:

Większy księżyc Nahuatl ścigał mniejszą, zielonkawą kulę swego towarzysza po bezchmurnym niebie, na którym gwiazdy lśniły niczym łuski ogromnego węża, oplecionego wokół czarnej misy. Ras Hume stanął przy grzędzie wonnej lawendy, wytyczającej granice górnego tarasu Domu Rozkoszy. Zastanowiło go, dlaczego przyszedł mu na myśl wąż. Po chwili zrozumiał. Z tym obiektem odwiecznej ludzkiej nienawiści, sprowadzonym przez człowieka z rodzinnej planety na odległe gwiazdy, kojarzyła się symbolicznie złowrogo skręcona, wklęsła ścieżka przecinająca ten teren. A samego Wassa, tak na Nahuatl, jak i kilkunastu innych światach reprezentował wąż.

Pierwsze podmuchy nocnego wiatru poruszały liśćmi egzotycznych roślin z innych światów. Posadzone przemyślnie, miały symulować tajemnice obcych dżungli.

– Hume? – Pytanie wydawało się rozbrzmiewać w przestrzeni nad jego głową.

– Hume – powtórzył spokojnie własne nazwisko.

Strumień oślepiającego światła przebił się przez zieloną gęstwinę, ukazując ścieżkę. Hume zawahał się na moment, odpowiadając obojętnością na ten jakże dobrze mu znany test sprawności władz mentalnych. Wass był VIP-em podziemnego imperium, nie należącym jednak do tego świata, po którym poruszał się Hume.

Zdecydowanym krokiem ruszył oświetlonym korytarzem, między ścianami z liści i kwiatów. Z kępy lilii tharsala łypnęła na niego złośliwie kryształowa bryła. Misternie wyrzeźbione diabelskie rysy były wytworem obcej sztuki. Z płaskich nozdrzy stwora dobywały się smużki dymu i Hume poczuł won znajomego narkotyku. Uśmiechnął się. Takie metody działały być może na zwykłych cywilów, których Wass tu przesłuchiwał. Jednakże pilot gwiezdny, w obecnej chwili Poszukiwacz Ścieżek, posiadał umysł odporny na takie sztuczki.

Stanął pod drzwiami, których nadproże i ościeżnice zdobiły bogatsze jeszcze rzeźbienia. Terrańskie, uznał Hume, i stare, bardzo stare. Być może pogłoski mówiły prawdę, Milfors Wass mógł być naprawdę Terraninem z pochodzenia i to nie w drugim, trzecim czy czwartym pokoleniu gwiezdnej rasy, z których wywodziła się większość tych, którzy dotarli do Nahuatl.

Surowe wnętrze komnaty stanowiło kontrast wobec ozdobnego wejścia. Rdzawe ściany były zupełnie nagie z wyjątkiem owalnego dysku rzucającego mętny, złotawy poblask.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - paragon

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – paragon

Egzemplarz, którego sześć zdjęć poniżej prezentuję, kupiłem w tym tygodniu (w zeszłym, jeśli niedzielę przyjmiemy za pierwszy dzień tygodnia. Gdzie kupiłem? W Łodzi, oczywiście. Oczywiście, przy pomocy Internetu.

Książka aktualnie nie jest łatwo dostępna, trafiają się w sieci raz na jakiś czas pojedyncze egzemplarze, ale nie jest dostępna non stop. Jeśli ktoś poluje na tę książkę, to ją w końcu upoluje, ale to nie Władca gromu, którego na samym Allegro jest kilkanaście egzemplarzy.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - strona tytułowa

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – strona tytułowa

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - strona o autorze, nienumerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – strona o autorze, nienumerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - pierwsza strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – pierwsza strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - ostatnia strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – ostatnia strona numerowana

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - grzbiet książki

„Gwiezdny łowca” – grzbiet

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - czwarta strona okładki

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – czwarta strona okładki

Powyższy egzemplarz mam od kilku dni, ale od roku 2014 mam egzemplarz w twardej oprawie:

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, przód

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, przód

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, grzbiet

„Gwiezdny łowca” grzbiet

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, tył

Andre Norton „Gwiezdny łowca” w twardej oprawie, tył

Ten egzemplarz kupiłem za 8 zł. Przeglądając swoje maile widzę, że miałem również egzemplarz w miękkiej oprawie kupiony za 14 zł w roku 2009, ale nie mogę go znaleźć.

A odnośnie twardych opraw to też ciekawy temat, który może w którymś z wpisów rozwinę. Prawie zawsze książkę oprawiał już końcowy czytelnik, ale był przynajmniej jeden wyjątek – była książka (kserówka), która od razu wyszła w twardej introligatorskiej oprawie i nie miała swojej miękkiej wersji. Sprzedałem jej kilkadziesiąt egzemplarzy i pamiętam, że jeden egzemplarz powinienem jeszcze mieć, ale – podobnie jak Gwiezdnego łowcy za 14 zł – też nie mogę go znaleźć.

Mam na myśli kserówkę – tak o nich mówiliśmy na Skrze – Artur Nowakowski posługuje się terminem bazarówka i przytacza kolejne słowa Konrada Zielińskiego: „Z mojego punktu widzenia bazarówką był Gwiezdny łowca…” [6].

Dobrze, kończę już, bo im dłużej siedzę nad tym tekstem, to ciągle przychodzą mi do głowy nowe rzeczy, które chciałbym dopisać. Kończę i jak zwykle – zapraszam do komentowania.

No, nie – dodam jeszcze, że oryginał Star Hunter wziąłem ze strony Project Gutenberg[7] – The Project Gutenberg eBook of Star Hunter[8]. Warto tę inicjatywę polecić – serwis publikuje utwory znajdujące się w domenie publicznej według prawa USA albo takie, do których ma zgodę autorów. Oznacza to, że można je swobodnie czytać, kopiować i rozpowszechniać.[9] I jeszcze dodatkowym atutem jest dbałość o szczegóły – np. na marginesie wydania elektronicznego jest podany numer strony z wydania papierowego.

Andre Norton „Gwiezdny łowca” - Projekt Gutenberg

Andre Norton „Gwiezdny łowca” – Projekt Gutenberg


[1] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 104-105

[2] Laureaci Złotego Meteora, [w:] Fikcje. Wydanie Specjalne, Śląski Klub Fantastyk, Katowice 1991, s. 10

[3] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, op. cit., s. 104-105

[4] Andre Norton, Star Hunter, Ace Books, New York 1961, p. 5-6

[5] Andre Norton, Gwiezdny łowca, Rebis, Poznań 1994, s. 5

[6] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, op. cit., s. 74

[7] https://gutenberg.org/

[8] https://www.gutenberg.org/cache/epub/19090/pg19090-images.html

[9] https://en.wikipedia.org/wiki/Project_Gutenberg

0
comments

mar 15

Philip K. Dick „Kolonia”

5/5 - (1 vote)
Philip K. Dick „Kolonia” - okładka

Philip K. Dick „Kolonia” – okładka

Tytuł oryginału: Colony

Rok wydania oryginału: 1953

Przekład: nieznany

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1985[1]

Miejsce wydania: Białystok[2]

Liczba stron: 32 (wydanie zeszytowe)

Właśnie kupiłem ten zeszyt i w przeliczeniu na stronę była to najdrożej kupiona przeze mnie książka w życiu. Zapłaciłem 155 zł za 32 strony, czyli wychodzi blisko 5 zł za stronę, 10 zł za kartkę. Kupiłem jednak oryginał, bo na Allegro dostępna też była (i jest) kopia w cenie 109,76 zł. To, że to kopia widać po zdjęciu – papier jest biały i są na nim skserowane z oryginału kropki i plamki. Kserowanie klubówek pod koniec lat osiemdziesiątych było zjawiskiem powszechnym – kiedy oryginały się kończyły to na bazary (np. na Skrę) trafiały kopie.

Philip K. Dick „Kolonia” - kserówka

Philip K. Dick „Kolonia” – kserówka

Niektórzy „producenci” tych kserówek mieli problem z ich złożeniem – skopiować kartki było im łatwo, ale już z połączeniem tych kartek mieli pod górkę. Pamiętam swój pierwszy egzemplarz Oka na niebie Dicka, który, żeby przyzwoicie wyglądał, rozłożyłem i złożyłem ponownie – już równo. Ale niektórzy byli całkiem profesjonalni – i kserówki dla niewprawnego oka niewiele się różniły od oryginałów – najczęściej tylko kolorem okładki (chociaż i kserówki potrafiły mieć kolorowe okładki), a czasami też inną ilustracją na okładce.

Philip K. Dick „Kolonia” – rekord BN

Książka znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej – jednak w jej katalogu nie ma informacji o wydawcy.

W egzemplarzu, który dostałem znalazłem stary paragon – i wynika z niego, że poprzedni właściciel kupił tę książkę 20 lat temu za 15 zł. Ja dałem teraz 155 zł, więc niektórzy sprzedawcy na Allegro pisząc, że zakup klubówki to dobra inwestycja mają trochę racji. Oczywiście, klubówka klubówce nierówna.

Philip K. Dick „Kolonia” - paragon

Philip K. Dick „Kolonia” – paragon

Ta pochodzi z roku 1985 i była warta swojej ceny. Jest to pierwsze wydanie tego opowiadania w Polsce. W późniejszych latach opowiadanie Kolonia było wielokrotnie publikowane w różnych zbiorach opowiadań:

  1. „Nowa Fantastyka” 1997, nr 11 (182) – przekład opowiadania Kolonia Anna Kejna
  2. Philip K. Dick, Philip K. Dick – opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 1998  – przekład Tomasz Olijasz.
  3. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998 – przekład Anna Kejna.
  4. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000 (oprawa twarda) – przekład Anna Kejna.
  5. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Rebis, Poznań 2014  (oprawa twarda z obwolutą) – przekład Tomasz Olijasz
  6. Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2021 – przekład Tomasz Olijasz.
  7. Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2025 – przekład Tomasz Olijasz.

I jest jeszcze klubówka Obsesje z roku 1990, o której pisać będę za jakiś czas.

Nie jest mi znany autor tego tłumaczenia z 1985 roku, ale sam przekład jest dobry — w przeciwieństwie do tłumaczenia Anny Kejny, które czytałem jako pierwsze. Już w pierwszych zdaniach widać między nimi duże różnice.

W jednym tłumaczeniu jest[3]:

Major Lawrence Hall pochylił się nad mikroskopem i ustawił ostrość.
– Ciekawe – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy tu od trzech tygodni i do tej pory nie natrafiliśmy na szkodliwe formy życia. – Porucznik Friendly ostrożnie przysiadł na krawędzi stołu. – Co to za miejsce? Ani zarazków chorobotwórczych, ani wszy, much, szczurów czy…

A w drugim[4]:

Major Lawrence Hall pochylił się nad podwójnym okularem mikroskopu regulując ostrość.
– Interesujące – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy już trzy tygodnie na tej planecie i jak dotąd nie znaleźliśmy żadnej niebezpiecznej formy życia. – Porucznik Friendly usiadł na brzegu stołu starając się nie potrącić naczyń do hodowli bakterii. – Co to za miejsce? Żadnych zarazków chorobotwórczych, wszy, much ani…

W którym z nich nie ma w klimatu prozy Dicka? Oczywiście, w wydaniu pani Anny. Nie brakuje wam tu tych dickowskich szczegółów? Mi brakuje. Ale nie chodzi tylko o szczegóły „dickowskie”, ale po prostu szczegóły – po przeczytaniu jednego tłumaczenia wiemy chociażby, że bohaterowie są na jakiejś nowej planecie, a nie np. na tropikalnej wyspie. Sztuczna inteligencja by to lepiej przetłumaczyła (oczywiście, wtedy nie mieliśmy jeszcze takich narzędzi). Zresztą sprawdźmy… Poniżej pierwszy typowo dickowski fragment.

Spójrzmy na wersję oryginalną[5]:

“Yes, the picnickers,” he grumbled. He adjusted the new slide into position. “And all of them ready to come in and cut down the trees, tear up the flowers, spit in the lakes, burn up the grass. With not even the common-cold virus around to —”

He stopped, his voice choked off —

Choked off because the two eyepieces of the microscope had twisted suddenly around his windpipe and were trying to strangle him. Hall tore at them, but they dug relentlessly into his throat, steel prongs closing like the claws of a trap.

Throwing the microscope onto the floor, he leaped up. The microscope crawled quickly toward him, hooking around his leg. He kicked it loose with his other foot, and drew his blast pistol.

The microscope scuttled away, rolling on its coarse adjustments. Hall fired. It disappeared in a cloud of metallic particles.

“Good God!” Hall sat down weakly, mopping his face. “What the — ?” He massaged his throat. “What the hell!”

Teraz tłumaczenie Anny Kejny[6]:

– Właśnie, wycieczkowicze – mruknął z pretensją. Włożył pod mikroskop kolejne szkiełko. – Tylko czyhają na to, aby dobrać się do drzew i kwiatów, napluć do jezior i wypalić trawę. I to bez ryzyka zarażenia się najpospolitszym wirusem grypy…

Raptem słowa uwięzły mu w gardle…

Stało się tak, gdyż dwa okulary mikroskopu znienacka zacisnęły się na jego tchawicy i zaczęły go dusić. Hall szarpnął się, lecz stalowe kolce wpiły się w jego szyję niczym kleszcze.

Skoczył z miejsca, zrzucając mikroskop na podłogę. Urządzenie podpełzło w jego kierunku, usiłując chwycić go za nogę. Strącił je stopą i wyciągnął pistolet.

Mikroskop wycofał się w popłochu, jadąc na swoich chropowatych pokrętłach. Hall nacisnął spust. Urządzenie zniknęło w obłoku metalowych cząsteczek.

– Dobry Boże! – Rozdygotany Hall usiadł, ocierając twarz. – Co za…?- Pomasował obolałe gardło. – Co za cholera!

A teraz Gemini:

– Tak, niedzielni turyści – mruknął zrzędliwie. Dopasował nowe szkiełko pod obiektyw. – Każdy z nich tylko czeka, żeby tu wparować, wyciąć w pień drzewa, rozdeptać kwiaty, napluć do jezior i spalić trawę. A nie ma tu nawet zasmarkanego wirusa przeziębienia, żeby ich…

Urwał wpół słowa. Głos dławił mu się w gardle.

Dławił się, ponieważ dwa okulary mikroskopu wygięły się nagle z nienaturalną płynnością, oplotły jego tchawicę i próbowały go udusić. Hall zaczął je z siebie zdzierać, ale wżerały się w jego krtań z bezdusznym uporem, a stalowe wypustki zaciskały się niczym zębate szczęki pułapki.

Ciskając mikroskopem o podłogę, zerwał się na równe nogi. Aparat pełzł już szybko w jego stronę, zahaczając się o jego łydkę. Hall odkopnął to cholerstwo drugą stopą i wyszarpnął z kabury blaster.

Mikroskop zaczął uciekać, sunąc przeraźliwie szybko na pokrętłach śruby zgrubnej niczym na zmutowanych odnóżach. Hall wypalił. Przedmiot zniknął w obłoku metalicznych drobin.

– Dobry Boże! – Hall opadł bezwładnie na krzesło, zlewając się zimnym potem i ocierając twarz. – Co tu się…? – Rozmasował obolałą krtań. – Co to, do diabła, było!

W wydaniach Rebisu przekład Tomasza Oljasza jest o niebo lepszy – to tłumaczenie jest po prostu dobre. Wydanie klubowe też jest dobre – o czym możecie przekonać się na poniższych zdjęciach „najdroższych” stron w mojej kolekcji.

Philip K. Dick „Kolonia” - pierwsza strona, portret autora

Philip K. Dick „Kolonia” – pierwsza strona, portret autora

Philip K. Dick „Kolonia” - druga strona

Philip K. Dick „Kolonia” – druga strona

Philip K. Dick „Kolonia” - trzecia strona

Philip K. Dick „Kolonia” – trzecia strona

Philip K. Dick „Kolonia” - czwarta strona

Philip K. Dick „Kolonia” – czwarta strona

Philip K. Dick „Kolonia” - piąta strona

Philip K. Dick „Kolonia” – piąta strona

Philip K. Dick „Kolonia” - ostatnia strona

Philip K. Dick „Kolonia” – ostatnia strona

Philip K. Dick „Kolonia” - czwarta strona okładki

Philip K. Dick „Kolonia” – czwarta strona okładki

W swoim wpisie poświęciłem sporo miejsca na kwestię tłumaczenia, gdyż w przypadku prozy Dicka ma ono duże znaczenie. Źle przetłumaczona Kolonia nie robi wrażenia – ot, ciekawy pomysł, żartobliwe zakończenie, którego czytelnik się i tak w pewnym momencie zaczyna domyślać.

A sam Dick tak w roku 1976 opowiadał o historii przedstawionej w Koloni[7]:

Absolutny szczyt paranoi nie polega na tym, że wszyscy są przeciwko tobie, ale że wszystko jest przeciwko tobie. Zamiast myśleć: „Mój szef spiskuje przeciwko mnie”, myślisz: „Telefon mojego szefa spiskuje przeciwko mnie”. Zresztą, nawet dla całkiem normalnego umysłu przedmioty i tak zdają się czasem posiadać własną wolę; nie robią tego, do czego zostały stworzone, wchodzą w drogę, stawiają nienaturalny opór wobec zmian. W tym opowiadaniu próbowałem wyobrazić sobie sytuację, która w racjonalny sposób tłumaczyłaby to złowrogie knucie przedmiotów przeciwko ludziom, bez zrzucania winy na jakikolwiek stan obłędu u samych bohaterów. Zgaduję, że żeby tego doświadczyć, trzeba by polecieć na inną planetę. Zakończenie tej historii to ostateczny triumf spiskującego przedmiotu nad niewinnymi ludźmi.

Ale czy tak naprawdę niewinnymi? I tradycyjnie – zapraszam do komentowania.


[1] https://katalogi.bn.org.pl/permalink/48OMNIS_NLOP/vratmb/alma991004097649705066

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 79 i 215

[3] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 398

[4] Philip K. Dick, Kolonia, Białystok 1985, s. 3

[5] „Galaxy Magazine” 1953, vol. 6, no 3 (June), s. 142-143

[6] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 399

[7] The Best of Philip K. Dick, Ballantine Books, New York 1977, s. 447

0
comments