Tytuł oryginału: The Dark Light Years
Rok wydania oryginału: 1964
Przekład: nieznany
Rok polskiego (klubowego) wydania: 1987
Druk: ORP 14/87
Nakład: 100 egzemplarzy (tak napisano na stronie redakcyjnej, ale, oczywiście, wiecie, że to nic nie znaczy)
W tej chwili książka jest dość łatwo dostępna – w antykwariacie Tezeusz kosztuje 32,68 zł.
Liczba stron: 152
Seria: Klasycy współczesnej SF # 38
Tę książkę przeczytałem siedząc na spakowanych kartonach podczas przeprowadzki. Przeprowadzaliśmy się z Mokotowa na Tarchomin, wróciłem ze szkoły i czekałem na rodziców, żeby to wszystko zacząć rozpakowywać – najpierw trzeba było z nimi ustawić meble.
Do samej książki nie za bardzo miałem wtedy przekonanie, Aldissa nie znałem, byłem jeszcze przed lekturą „Non stop” i „Cieplarni” – sięgnąłem po nią wtedy, bo była pierwsza, do której się dokopałem. I trzy godziny strzeliły, jak z bicza strzelił. Nie żebym uważał ją za jakieś arcydzieło (drugi raz już do niej nie wróciłem), ale czytało ją się bardzo dobrze.
Przeglądając teraz różne recenzję widzę, że nie cieszy się ona poważaniem czytelników.
Na Science Fiction and Other Suspect Ruminations tak o niej piszą:[1]
Świeżo po lekturze znakomitej powieści Briana Aldissa Non-Stop z entuzjazmem sięgnąłem po sfatygowany egzemplarz The Dark Light Years, znaleziony w lokalnej księgarni. Byłem bardzo rozczarowany. The Dark Light Years to książka chaotyczna, mętna i tylko sporadycznie skłaniająca do refleksji. Tym bardziej frustrujące jest to, że sam pomysł wyjściowy jest całkiem obiecujący. Spróbuję dzielnie wyłuskać nieliczne oświecające i znaczące frazy, motywy oraz idee obecne w tym małym, prowizorycznym szkielecie książki. Liczne braki koncentracji i niedostatki realizacyjne sprawiają jednak, że zadanie to jest wyjątkowo trudne — być może wręcz zbyt trudne.
Streszczenie fabuły
Utody to wielogłowe, wielokończynowe, hipopotamopodobne istoty, taplające się w błocie i zmieniające płeć. Żyją wraz ze swoimi jaszczuropodobnymi pasożytami w wielkich stawach wypełnionych błotem i odchodami, w których tarzają się i filozofują. Podróżują między planetami w statkach kosmicznych przypominających strąki nasienne, wypełnionych własnymi nieczystościami. Nie odczuwają bólu, są pacyfistami i są szczęśliwi.
Pewna grupa ludzi napotyka kilku Utodów oraz ich statek-strąk. Część Utodów próbuje nawiązać kontakt z ludźmi, lecz zostaje impulsywnie i z zimną krwią wymordowana. Dwóch schwytano żywcem, a resztę poddano sekcji…
Ludzie tej przyszłej epoki żyją w ultrahigienicznych warunkach, jedząc syntetyczną żywność i pijąc bezalkoholowe napoje. Tylko nieliczni uparci tradycjonaliści wciąż gotują mięso…
Czytelnik śledzi próby grupy naukowców, którzy chcą porozumieć się z Utodami. Aldiss serwuje czytelnikowi kilka niedopieczonych teorii lingwistycznych… Znacznie bardziej interesuje go jednak wprowadzanie drugoplanowych, właściwie nieistotnych postaci, by zapełnić limit stron i unikać jakichkolwiek ciekawych prób rzeczywistej interakcji między ludźmi a obcymi.
Całkowita niezdolność ludzi do komunikacji z obcymi (którzy sami wybrali brak komunikacji) wprowadza jednak główny temat utworu: ludzie są tak zniesmaczeni brudem Utodów, że zostają zmuszeni do ponownego przemyślenia znaczenia i kryteriów takich pojęć jak świadomość, inteligencja, cywilizacja, postęp – nie tylko w odniesieniu do obcych, lecz także do samych siebie. Czy nasze rozumienie cywilizacji całkowicie wyklucza wszystkie inne formy, jakie mogłaby ona przybrać?
Utody (rozpływające się w rozkoszy w swoich kałowych stawach) działają jak soczewka, przez którą można spojrzeć na ludzkość… To właśnie tutaj przebłyskuje talent Aldissa. Czy podróże kosmiczne są zachowaniem instynktownym? Czy stanowią miarę inteligencji? Jakie są konsekwencje spotkania gatunku posiadającego większą inteligencję niż człowiek, a jednocześnie tak skrajnie mu przeciwnego?
A potem pojawia się zupełnie zbędna ilość losowych, chaotycznych wątków pobocznych.
Uwagi końcowe
Mimo że bardzo chciałem polubić tę książkę, moje początkowe zainteresowanie mniej więcej po dwóch trzecich lektury przerodziło się w gwałtowną niechęć. Przy zaledwie 128 stronach można by oczekiwać zwartej fabuły, ciekawego centralnego pomysłu oraz kilku słabo rozwiniętych bohaterów, którzy spełniają swoje funkcje w sposób co najwyżej przeciętny…
Zamiast tego w narracji pojawia się i znika mnóstwo postaci. Niektóre znikają całkowicie. Skrajnie drugoplanowe postacie nagle stają się istotne, po czym znów całkowicie przepadają. Następnie wprowadza się niedbale skleconą historię w tle, gdy taka marginalna postać nagle okazuje się osią całej fabuły… Rezultatem jest frustrująca breja wymiennych, bezosobowych figur. W dłuższej powieści byłoby to do zniesienia, ale w książce liczącej tylko 128 stron?
Kolejnym uporczywym problemem jest metoda prezentowania wydarzeń przez Aldissa – znaczna część zdarzeń rzadko bywa opisywana w momencie, gdy się dzieje. Zamiast tego są one streszczane później. Ten pasywny sposób narracji czyni fabułę mniej angażującą. Oznacza to również, że Aldiss unika opisywania, w jaki sposób bohaterowie się zmieniają i co te zmiany powoduje, ograniczając się do prostego stwierdzenia, że po prostu się zmienili.
Szerokie tematy poruszane w książce są jedyną jej cechą odkupieńczą, ponieważ sami obcy, postacie ludzkie itd. są kiczowaci i niewiarygodni. Co się dzieje, gdy człowiek spotyka obcego tak obcego, że nie da się nawet ocenić jego świadomości? Twórczość science fiction Stanisława Lema bada ten problem dogłębnie, z przenikliwą filozoficzną wnikliwością. Aldiss natomiast opiera się całkowicie na frustrującej dychotomii między swoimi obcymi a człowiekiem. Subtelność nie znajduje się w słowniku Aldissa.
Porównywanie Aldissa do Lema jest niesprawiedliwe, bo Lem jest geniuszem. Jednak wady The Dark Light Years nie leżą w samych ideach, lecz w ich realizacji. Słaba próba stworzenia opowieści ramowej, braki w podstawowej ekspozycji (opieranie się na pasywnej narracji) oraz przytłaczająca chęć uczynienia z każdej postaci jedynie epizodu rozmywają wszystkie centralne tematy Aldissa. Wszystkie elementy wielkiej, klasycznej powieści SF są tutaj obecne – zamiast tego otrzymujemy dość lichy szkielet… i niedojrzałe myśli…
Szkoda, bo zakończenie jest zaskakująco dobre.
Prawie warte poszukiwań…
Miałem dotąd sporo szczęścia do książek Briana Aldissa, które czytałem – Non-Stop stało się jedną z moich ulubionych powieści z lat pięćdziesiątych, a Greybeard okazało się imponującą pastoralną wizją apokalipsy, zapowiadającą i poprzedzającą Children of Men. Po tak pozytywnych doświadczeniach z tymi dwiema książkami liczyłem, że uda mi się odkryć kolejne znakomite powieści Aldissa, i sięgnąłem po kilka innych jego utworów z tego samego okresu. The Dark Light Years to niewielka objętościowo książka z czasów Greybeard, której opis na tylnej okładce obiecywał lekturę opartą na oryginalnym i interesującym pomyśle. Ku mojemu rozczarowaniu kilku blogerów, których opinie cenię, wystawiło jej raczej letnie recenzje, ale mimo to nie dałem się zniechęcić.
Ludzkość, rozszerzając swoją obecność na kolejne galaktyki, zetknęła się z wieloma gatunkami form życia półrozumnych, lecz nigdy wcześniej nie odkryła innej inteligentnej rasy. Zmieniło się to, gdy grupa odkrywców natrafiła na Utodów. Te wielkości hipopotama, dwugłowe ssaki, taplające się w błocie i własnych nieczystościach, przemierzające kosmos w drewnianych statkach, są łagodnymi istotami, które nie odczuwają bólu, potrafią zmieniać płeć i porozumiewają się za pomocą złożonej sekwencji gwizdów i pohukiwań wydobywających się z ośmiu otworów ciała. Nie trzeba dodawać, że instynktowną reakcją ludzkości przy pierwszym kontakcie jest zastrzelenie wszystkich poza dwoma osobnikami. Schwytane i przewiezione do londyńskiego Exozoo, stają się obiektem prób komunikacji podejmowanych przez najbystrzejsze ludzkie umysły – prób, które kończą się fiaskiem, gdy Utody nie przechodzą żadnego z opracowanych przez człowieka testów inteligencji. Tymczasem sami Utodowie odmawiają kontaktu z dziwną rasą dwunożnych istot, których drugi otwór ciała ukryty jest pod ubraniem i które odrzucają świętość tarzania się w gnoju na rzecz obsesyjnej czystości. Ostatecznie los jednego z ludzi prowadzi go do życia wśród Utodów i nauki ich obyczajów.
Powieść Aldissa jest wyraźną opowieścią o problemach pierwszego konfliktu i błędach wynikających z antropocentrycznych założeń ludzkości dotyczących natury inteligencji. Utodowie są rasą złożoną i wysoko rozwiniętą, co czytelnik widzi w rozdziałach przedstawionych z ich punktu widzenia. Jednak dystans kulturowy między rasami oraz założenia co do tego, co czyni formę życia inteligentną i cywilizowaną, sprawiają, że ludzie nie są w stanie postrzegać Utodów jako czegokolwiek więcej niż obcych świń, wypuszczonych do tarzania się w brudzie przez jakiegoś niewidzialnego właściciela – prawdziwą inteligencję przypisując jedynie twórcom statku kosmicznego. Jeden z ludzkich przywódców oznajmia pojmanym Utodom, że „cywilizację mierzy się odległością, jaką człowiek stworzył między sobą a własnymi odchodami”. Dla Utodów, u których ekskrementy są oznaką płodności, to właśnie czystość jest grzechem. Ludzcy naukowcy zostają więc postawieni wobec obciążonego filozoficznie pytania: czy podróże kosmiczne są zachowaniem instynktownym, jak ptasie migracje na zimę, czy też miarą inteligencji?
Historia ta jest czymś więcej niż przeciągniętym żartem fekalnym i w rzeczywistości stanowi zręczną satyrę na podstawowe założenia zachodniej cywilizacji dotyczące „ras niższych”. Fakt, że powieść wyszła spod pióra brytyjskiego autora, nadaje jej dodatkowego ciężaru, przywodząc na myśl silny kontekst postkolonialny. Co więcej, była to satyra bardzo na czasie – książka powstała w okresie, gdy europejskie potęgi próbowały wycofać się z afrykańskich kolonii lub utrzymać nad nimi kontrolę. W pewnym momencie ludzcy naukowcy próbują podejść do Utodów nie jak do zwierząt, lecz jak do Afrykanów. (Nie chodzi tu wyłącznie o Wielką Brytanię – powieść przywołuje również los rdzennych Amerykanów jako przykład imperializmu i kulturowego podporządkowania). Jako krytyka ludzkiej arogancji i kulturowo uwarunkowanych oczekiwań The Dark Light Years jest znakomitym pomysłem, a Aldiss zdaje się czerpać z niego sporą przyjemność, co widać w sporadycznych dygresjach.
Sama realizacja wypada jednak gorzej. Aldiss pisze z wyraźnym przymrużeniem oka, co uznałem za nieco rozpraszające, i konstruuje ludzkie postacie w taki sposób, że są one całkowicie ślepe na możliwość istnienia inteligencji u obcych. Fabuła przeskakuje pomiędzy wieloma pomniejszymi bohaterami o znikomym znaczeniu, którzy pozostają bezbarwni – jedna bardzo słabo rozwinięta, a jednocześnie istotna postać pojawia się dopiero w ostatnich rozdziałach. Utodowie są na tyle dziwaczni, że wymykają się logice i zasadom higieny, a traktowanie ich jako czegoś więcej niż czysto fikcyjnego konstruktu wymaga sporego zawieszenia niewiary. Krótko mówiąc, powieść jest wyraźnie ustawiona pod tezę, przechylona bardziej w stronę społecznej satyry na ludzkie niedostatki niż w kierunku wiarygodnej opowieści. Jest to jednak komentarz społeczny wykonany na tyle sprawnie, że staje się on jej główną zaletą – to rodzaj satyry, w której hiperbola czyni przekaz jeszcze bardziej dotkliwym.
The Dark Light Years opiera się na znakomitym pomyśle satyrycznym – realizacja zawodzi, choć zwłaszcza zakończenie wypada bardzo dobrze. To mroczna i cyniczna powieść, podejmująca jedne z najgorszych przywar ludzkości: płynną skalę oczekiwań wobec tego, co uznaje się za cywilizowane i inteligentne, oraz wykluczanie ras, które nie spełniają tych samodzielnie ustalonych kryteriów. Utodowie są dziwacznym konstruktem, lecz sposób, w jaki traktują ich ludzie, podąża dokładnie tą samą ścieżką, jaką XIX-wieczni imperialiści stosowali wobec innych „niecywilizowanych” kultur. Zamiast etnocentryzmu mamy tu antropocentryzm. Jako opowieść nie jest to najlepsza książka Aldissa, jaką czytałem, i poza znakomitym zakończeniem nie do końca dorasta do własnego pomysłu, ograniczana przez płaskie, słabo rozwinięte postacie. Inni autorzy SF z większym powodzeniem eksplorowali ten sam temat – na myśl przychodzi Solaris Lema. Niemniej jednak idea stojąca za tą powieścią jest dojrzała i poruszająca, będąc jednocześnie miażdżącym oskarżeniem i zabawną czarną komedią. Umiarkowanie polecana ogólnym czytelnikom science fiction, a znacznie bardziej tym, którzy podzielają podobny cynizm lub mają upodobanie do ponurych satyr.
I jak zwykle na koniec – zdjęcia omawianej książki.
Klasycy współczesnej SF to była świetna seria. Jeśli chcecie się podzielić swoimi uwagami – piszcie.
[1] https://sciencefictionruminations.com/2011/01/07/book-review-the-dark-light-years-brian-aldiss-1964/
[2] https://yellowedandcreased.wordpress.com/2015/05/05/the-dark-light-years-brian-aldiss/




















