Archiwum dla miesiąca grudzień, 2025

gru 26

Ben Bova „Brama wieczności”

5/5 - (1 vote)
Ben Bova "Brama wieczności" - okładka

Ben Bova „Brama wieczności” – okładka

Tytuł oryginału: As on a Darkling Plain

Przekład: Krystian Niewiadomski

Rok wydania oryginału: 1972

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1987

Miejsce wydania: Warszawa-Łódź

Liczba stron: 162 (strony tytułowa i redakcyjna nie są numerowane)

Druk: ZWZZ Piotrków Trybunalski

Nakład: 100 egzemplarzy (Artur Nowakowski[1] pisze o nakładzie 800 egzemplarzy)

Oczywiście, tymi deklarowanymi nakładami nie ma się co sugerować, 100 egzemplarzy jednego tytułu to ja sam potrafiłem sprzedać (nie mam na myśli tego konkretnego tytułu), a książka i w tej chwili jest łatwo dostępna, na samym Allegro są cztery egzemplarze w cenie od 68,84 do 160 zł.

Treść książki bardzo słabo pamiętam, więc posiłkować się będę tym, co piszą o niej w Internecie.

Powieść Bena Bovy rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w której ludzkość rozpoczęła ekspansję kosmiczną nie z ciekawości poznawczej, lecz z lęku. Impulsem do tego rozwoju jest odkrycie na Tytanie ogromnego, obcego kompleksu maszynowego – tajemniczych wież, które są aktywne, lecz których przeznaczenie pozostaje całkowicie nieznane. Istnieje realna obawa, że mogą one być bronią lub elementem systemu zagrażającego Ziemi, co prowadzi do mobilizacji ogromnych zasobów i serii ryzykownych misji badawczych.

Oś fabularna koncentruje się na trzech postaciach. Sidney Lee, astronauta naznaczony traumą po wcześniejszej wyprawie na Tytana, obsesyjnie pragnie powrotu w kosmos, mimo że jego doświadczenia doprowadziły go do próby samobójczej. Marlene Ettinger, wybitna naukowczyni, darzy Sidneya uczuciem, ale jednocześnie obawia się jego destrukcyjnej fascynacji obcymi strukturami. Trzecim bohaterem jest Bob O’Banion, pilot zakochany w Marlene, który po odrzuceniu decyduje się zgłosić do najbardziej niebezpiecznych misji, licząc na ucieczkę od osobistego rozczarowania.

Jednym z kluczowych epizodów jest wyprawa na Jowisza, w której bierze udział O’Banion. Aby umożliwić penetrację ekstremalnych warunków panujących we wnętrzu planety, uczestnicy misji poddawani są radykalnym modyfikacjom ciała – ich płuca zostają zastąpione skrzelami, a statek wypełnia ciecz. Ekspedycja prowadzi do kontaktu z egzotycznymi formami życia, jednak zdobyte informacje mają jedynie pośredni związek z zagadką tytanicznych wież.

Równolegle Sidney Lee i Marlene Ettinger wyruszają w podróż do układu Syriusza, gdzie odkrywają istotne ślady dotyczące twórców struktur na Tytanie oraz ich dawnego kontaktu z ludzkością. Znaleziska rzucają nowe światło na historię człowieka i sugerują, że los Ziemi od dawna był elementem znacznie szerszego planu obcej cywilizacji. Po powrocie bohaterów na Tytana następuje kulminacja akcji, w której tajemnica wież zostaje ostatecznie rozwiązana, a ich prawdziwa funkcja ujawniona w sposób szybki i jednoznaczny, zamykając wątek zagrożenia, które przez dekady wisiało nad ludzkością.

Tak, jak już wczoraj pisałem, to była moja pierwsza klubówka. Stałem się jej właścicielem i czytelnikiem całkiem przypadkowo. Na Skrze byli kupujący, którzy Skrę traktowali jako swego rodzaju bibliotekę – kupowali książkę, dwie, czytali w tygodniu i w następną niedzielę przychodzili po kolejną, kolejne, zostawiając kupione wcześniej w rozliczeniu. I właśnie dzięki takiemu klientowi stałem się „szczęśliwym” posiadaczem Bramy wieczności Bena Bovy. 🙂 Powieść nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, była zwyczajnie nudna; oczywiście, przeczytałem ją jednym ciągiem (jak większość książek w tamtych czasach), ale dobrze na jakiś czas ostudziła moje pragnienia stania się posiadaczem większej liczby klubówek.

W Internecie opinie o powieści też nie są za bardzo pozytywne.

Większość czytelników ocenia tę powieść jako średnią lub przeciętną. Książka ma mieszane recenzje i trudno wskazać jednoznaczny konsensus – część osób docenia pomysł, inni krytykują wykonanie.

Wielu recenzentów uważa, że „pomysł centralny – tajemnicze maszyny na Tytanie i ludzkość zmotywowana strachem do eksploracji kosmosu – jest interesujący”, ale „samo wykonanie i struktura fabuły pozostawiają wiele do życzenia”. Powieść bywa opisywana jako „fragmentaryczna i niekonsekwentna”, ponieważ pierwotnie składa się z dwóch dłuższych opowiadań połączonych razem, co sprawia, że całość czyta się jak zbiór osobnych epizodów raczej niż spójna powieść.

Postacie i relacje między bohaterami są często krytykowane. Niektórzy czytelnicy twierdzą, że „główne postacie są płaskie, irytujące lub słabo rozwinięte”, a wątek miłosny jest mało przekonujący lub wręcz rozpraszający względem głównej fabuły science fiction.

Opinie na temat wątków narracyjnych są różne: „sekcja poświęcona misji na Jowiszu bywa uznawana za ciekawą w szczegółach technicznych”, jednak wielu czytelników uważa ją za „oderwaną od głównego nurtu fabuły i nie wnosi znacząco do rozwiązania tajemnicy Tytana”.

Końcowe rozwiązanie zagadki wież bywa krytykowane jako „zbyt szybkie lub mało satysfakcjonujące”, szczególnie w porównaniu z obietnicą budowaną przez rozpoczęcie książki.

Pozytywne opinie podkreślają, że „książka jest łatwa w lekturze, ma interesujące elementy eksploracji przestrzeni kosmicznej i klasyczny „big idea” science fiction”oraz że może spodobać się fanom starszej SF z lat 60. i 70. XX wieku, którzy nie oczekują głębokiej psychologii postaci.

Czytelnicy Goodreads opisują „Bramę wieczności” jako powieść z ciekawym konceptem, ale realizacją pozostawiającą wiele do poprawy – solidna dla miłośników klasycznego sci-fi, mniej satysfakcjonująca dla tych, którzy szukają głębszej narracji lub silnych postaci.

W następnym wpisie opiszę Planetę zła Roberta Sheckleya – klubówkę, którą kupiłem już z „premedytacją” 🙂 i którą zdążyłem przeczytać na przystanku i w autobusie zanim jeszcze dotarłem do domu.

I jak przy Władcy gromu na koniec kilka zdjęć omawianej książki.

Ben Bova "Brama wieczności" - strona tytułowa

Ben Bova „Brama wieczności” – strona tytułowa

Ben Bova "Brama wieczności" - strona redakcyjna

Ben Bova „Brama wieczności” – strona redakcyjna

Ben Bova "Brama wieczności" - pierwsza strona opowieści

Ben Bova „Brama wieczności” – pierwsza strona opowieści

Ben Bova "Brama wieczności" - kolejna strona

Ben Bova „Brama wieczności” – kolejna strona

Ben Bova "Brama wieczności" - ostatnia strona

Ben Bova „Brama wieczności” – ostatnia strona

Ben Bova "Brama wieczności" - grzbiet książki

Ben Bova „Brama wieczności” – grzbiet książki

Ben Bova "Brama wieczności" - czwarta strona okładki

Ben Bova „Brama wieczności” – czwarta strona okładki

I niezmiennie – jeśli chcecie coś uzupełnić, sprostować to komentujcie.


[1] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 71

2
comments

gru 25

Andre Norton „Władca gromu”

5/5 - (1 vote)

„Władca gromu” Andre Norton to jedna z klubówek, których wyszło najwięcej – wydrukowano najwięcej egzemplarzy. Tych egzemplarzy było tak dużo, że chyba nie spotkałem się z wersją kserówkową tej książki (ale pewności nie mam, lata lecą, pamięć już nie ta, za dużo danych na dysku).

Nawet dzisiaj jest taka podaż, że można ją kupić za kilkanaście złotych w bardzo dobrym stanie.

Andre Norton "Władca gromu" - okładka książki

Andre Norton „Władca gromu” – okładka książki

Tytuł oryginału: Lord of Thunder

Przekład: Wiesław Rychlicki

Rok wydania oryginału: 1962

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1986

Liczba stron: 138

Druk: ZWZZ Piotrków Trybunalski

Nakład: 100 egzemplarzy (ten nakład można między bajki włożyć, nakład książki należy liczyć w tysiącach)

Ilustracja na okładce: A Private Cosmos Borisa Vallejo[1]

Seria: „Z białym paskiem”

Philip Farmer A Private Cosmos 1977

Philip Farmer A Private Cosmos 1977

Książka należy do łódzkiej serii „Z białym paskiem”, ale akurat „Władca gromu” został wypuszczony przez wydawcę klubówek z Warszawy.[2]

Ilustracja na okładce oryginalnie została wykorzystana w książce Philipa Jose Farmera A Private Cosmos z roku 1977 oraz jej wznowieniu w roku 1981 (wznowienie miało ciemniejsze barwy).

Książka jest kontynuacją powieści The Beast Master (1959) – polskie wydania noszą tytuły „Mistrz zwierząt” (1991) i „Władca bestii” (2001)

O czym jest książka?

Akcja powieści „Władca gromu” Andre Norton rozpoczyna się około pół roku planetarnego po wydarzeniach z „The Beast Master”. Hosteen Storm przygotowuje się do oficjalnego objęcia ziemi, którą wcześniej sobie upatrzył, planując spokojne życie jako hodowca koni na skolonizowanej planecie. Sytuacja szybko się jednak komplikuje, gdy rdzenni mieszkańcy planety, humanoidalni Norbie, niespodziewanie i całkowicie poza sezonem opuszczają tereny zajmowane przez osadników. Odmawiają wyjaśnień, twierdząc jedynie, że działa „medycyna”, czyli siła objęta tajemnicą plemienną.

Dodatkowym problemem jest zniknięcie Logana, przyrodniego brata Storma, który już wcześniej miał skłonność do porzucania świata ludzi i dołączania do Norbich plemion. Jego zaginięcie staje się szczególnie niepokojące w obliczu plotek o możliwej wrogości tubylców. Wkrótce na scenie pojawia się bogaty przybysz z innej planety, Widders, który żąda, by Storm poprowadził go do tak zwanego Niebieskiego Sektora – zakazanego obszaru uważanego za siedzibę kanibali, do którego nie da się dotrzeć drogą powietrzną. To właśnie tam mieli udać się Norbie oraz zaginąć syn Widdersa, były żołnierz, który po wojnie Xików rozbił się wraz z innymi weteranami.

Storm początkowo odmawia udziału w wyprawie, lecz zmienia zdanie, gdy uświadamia sobie, że Logan musiał udać się w tym samym kierunku. Wyrusza więc do Niebieskiego Sektora w towarzystwie swoich zwierzęcych towarzyszy – wielkiego kota i orła – pozostawiając surykatkę zajętą opieką nad młodymi. Podróż odbywa się w ekstremalnie trudnych warunkach, w porze największych upałów, przez tereny uważane za śmiertelnie niebezpieczne. Storm podejrzewa również, że w zakazanym regionie może znajdować się obca instalacja, podobna do odkrytych wcześniej Zapieczętowanych Jaskiń.

W trakcie wyprawy okazuje się, że Norbie zostali zwabieni do Niebieskiego Sektora przez swoich bębniarzy – szamanów – działających pod wpływem istoty zwanej Panem Gromu. Byt ten kontroluje pogodę i błyskawice w całym regionie, a jego siedzibą jest ogromna, wroga instalacja obcych, pełna niebezpiecznych maszyn. Storm odkrywa, że instalacją steruje człowiek – ziemski technik Dean, weteran wojenny cierpiący na ciężką psychozę pourazową, który przejął kontrolę nad obcą technologią i planuje wykorzystać ją do zdobycia władzy.

Storm odnajduje Logana, lecz ponownie go traci w labiryncie wnętrza góry. Ostatecznie, przy pomocy Logana, Norbiego Gorgola oraz duchowego przywódcy plemienia, przeciwstawia się Deanowi. Siła „medycyny” Norbich, rozumiana jako forma magii, zostaje skierowana przeciwko maszynom i ich obłąkanemu władcy. Instalacja zostaje zniszczona, wpływ Pana Gromu ustaje, a Norbie odzyskują wolność. Storm i Logan umacniają swoją więź, a Storm może wreszcie wrócić do planów spokojnego życia i zagospodarowania własnej ziemi.

To była miła lektura, dobre czytadło, ale tak szybko jak ją przeczytałem, tak szybko o niej zapomniałem. Drugi raz chyba jej już nie czytałem (a niektóre klubówki a owszem, tak).

Czemu więc jako pierwszej o niej piszę?

Ano dlatego, że właśnie kupiłem sobie na Allegro kolejny egzemplarz w świetnym stanie w cenie 15 zł. Ale to nie jest jakaś wyjątkowo niska cena – chociażby w antykwariacie Tezeusz kosztuje 21 zł. I leży tam i leży.

Jest to też jedna z klubówek, którą przeczytałem najwcześniej. Kolega, sprzedawca ze Skry, pożyczył mi ją do przeczytania. To były licealne czasy, kiedy jeszcze nie handlowałem klubówkami a sprzedawałem jedynie oficjalne książki i komiksy.

Iwo to była barwna postać, na nazwisko chyba miał Szklarski, ale pewności nie mam. Chodziliśmy razem do liceum, ale poznaliśmy się na Skrze, a dopiero później z pewnym zaskoczeniem wpadliśmy na siebie w tej samej szkole. Ja byłem w pierwszej klasie, on trzeciej czy czwartej.

Ale nie jestem pewien, czy to Iwo pożyczył mi tę książkę; nie mam pewności, minęło już ponad 35 lat. Być może książkę pożyczył mi inny znajomy, imienia już nie pamiętam; czasami zajmowaliśmy sobie miejsca na Skrze, bo dobre miejsce trzeba było zająć o świcie, w zimie jeszcze w nocy. Wstawałem o trzeciej, wyruszałem o czwartej, żeby o piątej mieć to dobre miejsce. Dobrą lokalizacja to była podstawa, dobra lokalizacja to była pod ścianą Skry w pobliżu głównego wejścia – tam ustawiali się „bookiniści”. Zdarzyło mi na początku nie docenić zalet miejsca i rozstawić gdzie indziej, niewiele zarobiwszy.

A znajomy był dziwny, nie wiem czy miał dom, miał na pewno problemy z alkoholem i z agresja po nim. Kumplował się z innym – pracownikiem drukarni, który wynosił z pracy nowości (często bez okładek) jeszcze przed ich ukazaniem się w księgarniach.

I był jeszcze Zbyszek, bliższy kolega Iwo – zapisuję imię, bo nie wiem, jak długo będę jeszcze pamiętać. Jego marzeniem było zarobić na swoją stację benzynową.

O kurde, wracają wspomnienia, w kolejnym wpisie będzie o pierwszej klubówce, którą przeczytałem – „Bramie do wieczności” Bena Bovy.

Może przypomnę sobie też coś o Giełdach fantastyki w Muzeum Techniki, gdzie byłem stałym „gościem”.

A poniżej kilka zdjęć dzisiejszej bohaterki.

Andre Norton "Władca gromu" - strona tytułowa

Andre Norton „Władca gromu” – strona tytułowa

Andre Norton "Władca gromu" - metryka książki

Andre Norton „Władca gromu” – metryka książki

Andre Norton "Władca gromu" - pierwsza strona opowieści

Andre Norton „Władca gromu” – pierwsza strona opowieści

Andre Norton "Władca gromu" - ostatnia strona opowieści

Andre Norton „Władca gromu” – ostatnia strona opowieści

Jeśli chcecie coś uzupełnić, dopisać, sprostować to zapraszam do komentowania.


[1] https://www.artera.ae/artworks/f8996146-5328-49c6-b4a2-f3733aa5542e

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 307

2
comments

gru 04

Grok i Trump

5/5 - (1 vote)

Myślał, myślał i nic nie wymyślił.

Podpowiedzi nie pomogły.

Ponawianie prób również.

Chat przynajmniej nawiązał rozmowę.

Nie mogę potwierdzić ani powtarzać twierdzeń o stanie psychicznym konkretnej osoby, w tym Donalda Trumpa, ponieważ takie diagnozy może stawiać wyłącznie specjalista po bezpośrednim badaniu. Publiczne etykietowanie kogoś jako „socjopaty” jest więc niewiarygodne i może wprowadzać w błąd.

Jeśli chcesz, mogę natomiast wyjaśnić, co w psychologii oznacza socjopatia, dlaczego nie powinno się diagnozować osób na odległość, albo omówić zachowania publicznych osób w sposób opisowy, bez przypisywania im zaburzeń.

Załóżmy, że tego tematu dotyczy debata oksfordzka. Przygotuj argumenty za i przeciw

W debacie oksfordzkiej na temat rzekomej socjopatii Donalda Trumpa należy pamiętać, że obie strony operują wyłącznie argumentacją retoryczną, a nie diagnozą kliniczną. Strona propozycji mogłaby więc koncentrować się na interpretacji zachowań publicznych, natomiast strona opozycji na podkreślaniu braku podstaw do przypisywania etykiet medycznych bez specjalistycznego badania.

Argumenty strony propozycji mogłyby odnosić się do obserwowalnych wzorców zachowań, takich jak impulsywny styl komunikacji, konfrontacyjność czy brak empatii w niektórych wypowiedziach. W debacie mogłoby paść także odniesienie do częstego naruszania norm społecznych, co strona propozycji mogłaby interpretować jako zbliżone do kryteriów socjopatii, jednocześnie zaznaczając, że jest to jedynie analiza zachowania, a nie diagnoza.

Strona propozycji mogłaby także podkreślać konsekwencje polityczne i społeczne takiego stylu działania, argumentując, że prowadzi on do polaryzacji, eskalacji konfliktów i świadczy o cechach charakterystycznych dla osób o antyspołecznym stylu funkcjonowania. W tym ujęciu chodziłoby o opis pewnego wzorca zachowań, a nie o formalne orzeczenie.

Argumenty strony opozycji koncentrowałyby się przede wszystkim na obronie rzetelności i etyki dyskursu publicznego, wskazując, że żadne zaburzenie osobowości nie może być omawiane jako fakt, jeśli nie zostało potwierdzone profesjonalnym badaniem, do którego opinia publiczna nie ma dostępu. Opozycja mogłaby również podkreślać, że interpretacje zachowań polityków często wynikają z uprzedzeń politycznych, a nie z obiektywnej analizy.

Strona opozycji mogłaby również argumentować, że ocenianie polityka przez pryzmat niezweryfikowanych etykiet psychiatrycznych odciąga uwagę od realnych działań, decyzji i programów, a debata publiczna powinna opierać się na analizie faktów, skutków politycznych oraz argumentów merytorycznych, a nie na spekulacjach dotyczących zdrowia psychicznego kogokolwiek.

W takim ujęciu debata oksfordzka może odbywać się rzetelnie, pod warunkiem jasnego rozgraniczenia opinii od diagnozy oraz zachowania standardów etycznych w mówieniu o zdrowiu psychicznym osób publicznych.

Teraz rozwiń argumenty dla strony twierdzącej, że Donald Trump to socjopata. Powinniśmy powołać się na cechy charakteryzujące socjopatę i znajdować je w zachowaniach Trumpa

Poniższe treści formułuję wyłącznie jako materiał do debaty oksfordzkiej, gdzie strona propozycji próbuje zbudować linię argumentacyjną, a nie jako stwierdzenia faktów ani diagnozę medyczną. W debacie można analizować zachowania publiczne i porównywać je do typowych cech socjopatii, podkreślając, że nie jest to diagnoza, lecz element retoryki.

Pierwszy argument strony propozycji mógłby odwołać się do cechy dominującej u socjopatów, czyli skłonności do manipulacji i instrumentalnego traktowania innych. Zwolennicy tej tezy mogliby wskazywać na liczne sytuacje, w których Donald Trump formułował wypowiedzi zmieniające fakty w sposób korzystny dla niego politycznie, a następnie oczekiwał pełnej lojalności od swoich współpracowników. W debacie można byłoby twierdzić, że częste publiczne podważanie wiarygodności nawet bliskich współpracowników po utracie ich przydatności jest zachowaniem zbieżnym z profilem socjopatycznym.

Drugim argumentem mogłoby być odwołanie do impulsywności i skłonności do konfliktów, które w ujęciu retorycznym można zestawić z trudnością socjopatów w kontrolowaniu agresywnych reakcji. Przytaczając publiczne wystąpienia Trumpa, zwłaszcza w okresie kampanii, strona propozycji mogłaby twierdzić, że jego komunikacja jest często gwałtowna, nacechowana atakami personalnymi i pozbawiona refleksji nad konsekwencjami. W takim ujęciu wskazywano by, że takie zachowania przypominają impulsywność opisywaną w literaturze dotyczącej antyspołecznych wzorców osobowości.

Trzeci argument mógłby dotyczyć braku empatii, czyli kolejnej cechy kojarzonej z socjopatią. Strona propozycji mogłaby przywołać sytuacje, w których Trump bagatelizował cierpienie konkretnych grup społecznych lub przedstawiał problemy innych głównie jako element gry politycznej. W debacie można byłoby zauważyć, że wypowiedzi o przeciwnikach politycznych często dehumanizują ich lub redukują do przeszkód, co retorycznie można zinterpretować jako brak empatycznej perspektywy.

Czwartym argumentem mogłoby być naruszanie norm społecznych i politycznych, często wskazywane w opisach socjopatów jako skłonność do ignorowania zasad, jeśli stoją one na drodze do celu. Strona propozycji mogłaby podnosić, że Trump wielokrotnie publicznie kwestionował instytucje państwowe oraz procedury wyborcze, co w debacie można interpretować jako przykład lekceważenia reguł. Oczywiście nie oznacza to automatycznie zaburzenia osobowości, ale można to wykorzystać retorycznie jako podobieństwo do zachowań antyspołecznych.

Piątym argumentem mogłoby być zestawienie charakterystycznego dla socjopatów egocentryzmu z autoprezentacją Trumpa. Strona propozycji mogłaby zwrócić uwagę, że liczne jego wypowiedzi publikowane w mediach społecznościowych koncentrują się wokół własnej wielkości, własnych sukcesów lub własnej krzywdy, często z pominięciem szerszej perspektywy. W debacie można byłoby twierdzić, że ten intensywny egocentryzm bywa interpretowany jako cecha osób z antyspołecznym stylem funkcjonowania.

Wszystkie te argumenty pozostają w sferze analizy zachowań publicznych, a nie stawiania diagnozy klinicznej. W ramach debaty oksfordzkiej strona propozycji jedynie zestawia cechy opisywane w literaturze z obserwowalnymi zachowaniami, budując retoryczną linię argumentacyjną, bez przesądzania o stanie zdrowia psychicznego konkretnej osoby.

0
comments