Tytuł oryginału: Colony
Rok wydania oryginału: 1953
Przekład: nieznany
Rok polskiego (klubowego) wydania: 1985[1]
Miejsce wydania: Białystok[2]
Liczba stron: 32 (wydanie zeszytowe)
Właśnie kupiłem ten zeszyt i w przeliczeniu na stronę była to najdrożej kupiona przeze mnie książka w życiu. Zapłaciłem 155 zł za 32 strony, czyli wychodzi blisko 5 zł za stronę, 10 zł za kartkę. Kupiłem jednak oryginał, bo na Allegro dostępna też była (i jest) kopia w cenie 109,76 zł. To, że to kopia widać po zdjęciu – papier jest biały i są na nim skserowane z oryginału kropki i plamki. Kserowanie klubówek pod koniec lat osiemdziesiątych było zjawiskiem powszechnym – kiedy oryginały się kończyły to na bazary (np. na Skrę) trafiały kopie.
Niektórzy „producenci” tych kserówek mieli problem z ich złożeniem – skopiować kartki było im łatwo, ale już z połączeniem tych kartek mieli pod górkę. Pamiętam swój pierwszy egzemplarz Oka na niebie Dicka, który, żeby przyzwoicie wyglądał, rozłożyłem i złożyłem ponownie – już równo. Ale niektórzy byli całkiem profesjonalni – i kserówki dla niewprawnego oka niewiele się różniły od oryginałów – najczęściej tylko kolorem okładki (chociaż i kserówki potrafiły mieć kolorowe okładki), a czasami też inną ilustracją na okładce.
Książka znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej – jednak w jej katalogu nie ma informacji o wydawcy.
W egzemplarzu, który dostałem znalazłem stary paragon – i wynika z niego, że poprzedni właściciel kupił tę książkę 20 lat temu za 15 zł. Ja dałem teraz 155 zł, więc niektórzy sprzedawcy na Allegro pisząc, że zakup klubówki to dobra inwestycja mają trochę racji. Oczywiście, klubówka klubówce nierówna.
Ta pochodzi z roku 1985 i była warta swojej ceny. Jest to pierwsze wydanie tego opowiadania w Polsce. W późniejszych latach opowiadanie Kolonia było wielokrotnie publikowane w różnych zbiorach opowiadań:
- „Nowa Fantastyka” 1997, nr 11 (182) – przekład opowiadania Kolonia Anna Kejna
- Philip K. Dick, Philip K. Dick – opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 1998 – przekład Tomasz Olijasz.
- Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998 – przekład Anna Kejna.
- Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000 (oprawa twarda) – przekład Anna Kejna.
- Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Rebis, Poznań 2014 (oprawa twarda z obwolutą) – przekład Tomasz Olijasz
- Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2021 – przekład Tomasz Olijasz.
- Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2025 – przekład Tomasz Olijasz.
I jest jeszcze klubówka Obsesje z roku 1990, o której pisać będę za jakiś czas.
Nie jest mi znany autor tego tłumaczenia z 1985 roku, ale sam przekład jest dobry — w przeciwieństwie do tłumaczenia Anny Kejny, które czytałem jako pierwsze. Już w pierwszych zdaniach widać między nimi duże różnice.
W jednym tłumaczeniu jest[3]:
Major Lawrence Hall pochylił się nad mikroskopem i ustawił ostrość.
– Ciekawe – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy tu od trzech tygodni i do tej pory nie natrafiliśmy na szkodliwe formy życia. – Porucznik Friendly ostrożnie przysiadł na krawędzi stołu. – Co to za miejsce? Ani zarazków chorobotwórczych, ani wszy, much, szczurów czy…
A w drugim[4]:
Major Lawrence Hall pochylił się nad podwójnym okularem mikroskopu regulując ostrość.
– Interesujące – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy już trzy tygodnie na tej planecie i jak dotąd nie znaleźliśmy żadnej niebezpiecznej formy życia. – Porucznik Friendly usiadł na brzegu stołu starając się nie potrącić naczyń do hodowli bakterii. – Co to za miejsce? Żadnych zarazków chorobotwórczych, wszy, much ani…
W którym z nich nie ma w klimatu prozy Dicka? Oczywiście, w wydaniu pani Anny. Nie brakuje wam tu tych dickowskich szczegółów? Mi brakuje. Ale nie chodzi tylko o szczegóły „dickowskie”, ale po prostu szczegóły – po przeczytaniu jednego tłumaczenia wiemy chociażby, że bohaterowie są na jakiejś nowej planecie, a nie np. na tropikalnej wyspie. Sztuczna inteligencja by to lepiej przetłumaczyła (oczywiście, wtedy nie mieliśmy jeszcze takich narzędzi). Zresztą sprawdźmy… Poniżej pierwszy typowo dickowski fragment.
Spójrzmy na wersję oryginalną[5]:
“Yes, the picnickers,” he grumbled. He adjusted the new slide into position. “And all of them ready to come in and cut down the trees, tear up the flowers, spit in the lakes, burn up the grass. With not even the common-cold virus around to —”
He stopped, his voice choked off —
Choked off because the two eyepieces of the microscope had twisted suddenly around his windpipe and were trying to strangle him. Hall tore at them, but they dug relentlessly into his throat, steel prongs closing like the claws of a trap.
Throwing the microscope onto the floor, he leaped up. The microscope crawled quickly toward him, hooking around his leg. He kicked it loose with his other foot, and drew his blast pistol.
The microscope scuttled away, rolling on its coarse adjustments. Hall fired. It disappeared in a cloud of metallic particles.
“Good God!” Hall sat down weakly, mopping his face. “What the — ?” He massaged his throat. “What the hell!”
Teraz tłumaczenie Anny Kejny[6]:
– Właśnie, wycieczkowicze – mruknął z pretensją. Włożył pod mikroskop kolejne szkiełko. – Tylko czyhają na to, aby dobrać się do drzew i kwiatów, napluć do jezior i wypalić trawę. I to bez ryzyka zarażenia się najpospolitszym wirusem grypy…
Raptem słowa uwięzły mu w gardle…
Stało się tak, gdyż dwa okulary mikroskopu znienacka zacisnęły się na jego tchawicy i zaczęły go dusić. Hall szarpnął się, lecz stalowe kolce wpiły się w jego szyję niczym kleszcze.
Skoczył z miejsca, zrzucając mikroskop na podłogę. Urządzenie podpełzło w jego kierunku, usiłując chwycić go za nogę. Strącił je stopą i wyciągnął pistolet.
Mikroskop wycofał się w popłochu, jadąc na swoich chropowatych pokrętłach. Hall nacisnął spust. Urządzenie zniknęło w obłoku metalowych cząsteczek.
– Dobry Boże! – Rozdygotany Hall usiadł, ocierając twarz. – Co za…?- Pomasował obolałe gardło. – Co za cholera!
A teraz Gemini:
– Tak, niedzielni turyści – mruknął zrzędliwie. Dopasował nowe szkiełko pod obiektyw. – Każdy z nich tylko czeka, żeby tu wparować, wyciąć w pień drzewa, rozdeptać kwiaty, napluć do jezior i spalić trawę. A nie ma tu nawet zasmarkanego wirusa przeziębienia, żeby ich…
Urwał wpół słowa. Głos dławił mu się w gardle.
Dławił się, ponieważ dwa okulary mikroskopu wygięły się nagle z nienaturalną płynnością, oplotły jego tchawicę i próbowały go udusić. Hall zaczął je z siebie zdzierać, ale wżerały się w jego krtań z bezdusznym uporem, a stalowe wypustki zaciskały się niczym zębate szczęki pułapki.
Ciskając mikroskopem o podłogę, zerwał się na równe nogi. Aparat pełzł już szybko w jego stronę, zahaczając się o jego łydkę. Hall odkopnął to cholerstwo drugą stopą i wyszarpnął z kabury blaster.
Mikroskop zaczął uciekać, sunąc przeraźliwie szybko na pokrętłach śruby zgrubnej niczym na zmutowanych odnóżach. Hall wypalił. Przedmiot zniknął w obłoku metalicznych drobin.
– Dobry Boże! – Hall opadł bezwładnie na krzesło, zlewając się zimnym potem i ocierając twarz. – Co tu się…? – Rozmasował obolałą krtań. – Co to, do diabła, było!
W wydaniach Rebisu przekład Tomasza Oljasza jest o niebo lepszy – to tłumaczenie jest po prostu dobre. Wydanie klubowe też jest dobre – o czym możecie przekonać się na poniższych zdjęciach „najdroższych” stron w mojej kolekcji.
W swoim wpisie poświęciłem sporo miejsca na kwestię tłumaczenia, gdyż w przypadku prozy Dicka ma ono duże znaczenie. Źle przetłumaczona Kolonia nie robi wrażenia – ot, ciekawy pomysł, żartobliwe zakończenie, którego czytelnik się i tak w pewnym momencie zaczyna domyślać.
A sam Dick tak w roku 1976 opowiadał o historii przedstawionej w Koloni[7]:
Absolutny szczyt paranoi nie polega na tym, że wszyscy są przeciwko tobie, ale że wszystko jest przeciwko tobie. Zamiast myśleć: „Mój szef spiskuje przeciwko mnie”, myślisz: „Telefon mojego szefa spiskuje przeciwko mnie”. Zresztą, nawet dla całkiem normalnego umysłu przedmioty i tak zdają się czasem posiadać własną wolę; nie robią tego, do czego zostały stworzone, wchodzą w drogę, stawiają nienaturalny opór wobec zmian. W tym opowiadaniu próbowałem wyobrazić sobie sytuację, która w racjonalny sposób tłumaczyłaby to złowrogie knucie przedmiotów przeciwko ludziom, bez zrzucania winy na jakikolwiek stan obłędu u samych bohaterów. Zgaduję, że żeby tego doświadczyć, trzeba by polecieć na inną planetę. Zakończenie tej historii to ostateczny triumf spiskującego przedmiotu nad niewinnymi ludźmi.
Ale czy tak naprawdę niewinnymi? I tradycyjnie – zapraszam do komentowania.
[1] https://katalogi.bn.org.pl/permalink/48OMNIS_NLOP/vratmb/alma991004097649705066
[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 79 i 215
[3] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 398
[4] Philip K. Dick, Kolonia, Białystok 1985, s. 3
[5] „Galaxy Magazine” 1953, vol. 6, no 3 (June), s. 142-143
[6] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 399
[7] The Best of Philip K. Dick, Ballantine Books, New York 1977, s. 447




























