mar 15

Philip K. Dick „Kolonia”

Philip K. Dick „Kolonia” - okładka

Philip K. Dick „Kolonia” – okładka

Tytuł oryginału: Colony

Rok wydania oryginału: 1953

Przekład: nieznany

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1985[1]

Miejsce wydania: Białystok[2]

Liczba stron: 32 (wydanie zeszytowe)

Właśnie kupiłem ten zeszyt i w przeliczeniu na stronę była to najdrożej kupiona przeze mnie książka w życiu. Zapłaciłem 155 zł za 32 strony, czyli wychodzi blisko 5 zł za stronę, 10 zł za kartkę. Kupiłem jednak oryginał, bo na Allegro dostępna też była (i jest) kopia w cenie 109,76 zł. To, że to kopia widać po zdjęciu – papier jest biały i są na nim skserowane z oryginału kropki i plamki. Kserowanie klubówek pod koniec lat osiemdziesiątych było zjawiskiem powszechnym – kiedy oryginały się kończyły to na bazary (np. na Skrę) trafiały kopie.

Philip K. Dick „Kolonia” - kserówka

Philip K. Dick „Kolonia” – kserówka

Niektórzy „producenci” tych kserówek mieli problem z ich złożeniem – skopiować kartki było im łatwo, ale już z połączeniem tych kartek mieli pod górkę. Pamiętam swój pierwszy egzemplarz Oka na niebie Dicka, który, żeby przyzwoicie wyglądał, rozłożyłem i złożyłem ponownie – już równo. Ale niektórzy byli całkiem profesjonalni – i kserówki dla niewprawnego oka niewiele się różniły od oryginałów – najczęściej tylko kolorem okładki (chociaż i kserówki potrafiły mieć kolorowe okładki), a czasami też inną ilustracją na okładce.

Philip K. Dick „Kolonia” – rekord BN

Książka znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej – jednak w jej katalogu nie ma informacji o wydawcy.

W egzemplarzu, który dostałem znalazłem stary paragon – i wynika z niego, że poprzedni właściciel kupił tę książkę 20 lat temu za 15 zł. Ja dałem teraz 155 zł, więc niektórzy sprzedawcy na Allegro pisząc, że zakup klubówki to dobra inwestycja mają trochę racji. Oczywiście, klubówka klubówce nierówna.

Philip K. Dick „Kolonia” - paragon

Philip K. Dick „Kolonia” – paragon

Ta pochodzi z roku 1985 i była warta swojej ceny. Jest to pierwsze wydanie tego opowiadania w Polsce. W późniejszych latach opowiadanie Kolonia było wielokrotnie publikowane w różnych zbiorach opowiadań:

  1. „Nowa Fantastyka” 1997, nr 11 (182) – przekład opowiadania Kolonia Anna Kejna
  2. Philip K. Dick, Philip K. Dick – opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 1998  – przekład Tomasz Olijasz.
  3. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998 – przekład Anna Kejna.
  4. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000 (oprawa twarda) – przekład Anna Kejna.
  5. Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Rebis, Poznań 2014  (oprawa twarda z obwolutą) – przekład Tomasz Olijasz
  6. Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2021 – przekład Tomasz Olijasz.
  7. Philip K. Dick, Opowiadania najlepsze, Rebis, Poznań 2025 – przekład Tomasz Olijasz.

I jest jeszcze klubówka Obsesje z roku 1990, o której pisać będę za jakiś czas.

Nie jest mi znany autor tego tłumaczenia z 1985 roku, ale sam przekład jest dobry — w przeciwieństwie do tłumaczenia Anny Kejny, które czytałem jako pierwsze. Już w pierwszych zdaniach widać między nimi duże różnice.

W jednym tłumaczeniu jest[3]:

Major Lawrence Hall pochylił się nad mikroskopem i ustawił ostrość.
– Ciekawe – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy tu od trzech tygodni i do tej pory nie natrafiliśmy na szkodliwe formy życia. – Porucznik Friendly ostrożnie przysiadł na krawędzi stołu. – Co to za miejsce? Ani zarazków chorobotwórczych, ani wszy, much, szczurów czy…

A w drugim[4]:

Major Lawrence Hall pochylił się nad podwójnym okularem mikroskopu regulując ostrość.
– Interesujące – mruknął.
– Prawda? Jesteśmy już trzy tygodnie na tej planecie i jak dotąd nie znaleźliśmy żadnej niebezpiecznej formy życia. – Porucznik Friendly usiadł na brzegu stołu starając się nie potrącić naczyń do hodowli bakterii. – Co to za miejsce? Żadnych zarazków chorobotwórczych, wszy, much ani…

W którym z nich nie ma w klimatu prozy Dicka? Oczywiście, w wydaniu pani Anny. Nie brakuje wam tu tych dickowskich szczegółów? Mi brakuje. Ale nie chodzi tylko o szczegóły „dickowskie”, ale po prostu szczegóły – po przeczytaniu jednego tłumaczenia wiemy chociażby, że bohaterowie są na jakiejś nowej planecie, a nie np. na tropikalnej wyspie. Sztuczna inteligencja by to lepiej przetłumaczyła (oczywiście, wtedy nie mieliśmy jeszcze takich narzędzi). Zresztą sprawdźmy… Poniżej pierwszy typowo dickowski fragment.

Spójrzmy na wersję oryginalną[5]:

“Yes, the picnickers,” he grumbled. He adjusted the new slide into position. “And all of them ready to come in and cut down the trees, tear up the flowers, spit in the lakes, burn up the grass. With not even the common-cold virus around to —”

He stopped, his voice choked off —

Choked off because the two eyepieces of the microscope had twisted suddenly around his windpipe and were trying to strangle him. Hall tore at them, but they dug relentlessly into his throat, steel prongs closing like the claws of a trap.

Throwing the microscope onto the floor, he leaped up. The microscope crawled quickly toward him, hooking around his leg. He kicked it loose with his other foot, and drew his blast pistol.

The microscope scuttled away, rolling on its coarse adjustments. Hall fired. It disappeared in a cloud of metallic particles.

“Good God!” Hall sat down weakly, mopping his face. “What the — ?” He massaged his throat. “What the hell!”

Teraz tłumaczenie Anny Kejny[6]:

– Właśnie, wycieczkowicze – mruknął z pretensją. Włożył pod mikroskop kolejne szkiełko. – Tylko czyhają na to, aby dobrać się do drzew i kwiatów, napluć do jezior i wypalić trawę. I to bez ryzyka zarażenia się najpospolitszym wirusem grypy…

Raptem słowa uwięzły mu w gardle…

Stało się tak, gdyż dwa okulary mikroskopu znienacka zacisnęły się na jego tchawicy i zaczęły go dusić. Hall szarpnął się, lecz stalowe kolce wpiły się w jego szyję niczym kleszcze.

Skoczył z miejsca, zrzucając mikroskop na podłogę. Urządzenie podpełzło w jego kierunku, usiłując chwycić go za nogę. Strącił je stopą i wyciągnął pistolet.

Mikroskop wycofał się w popłochu, jadąc na swoich chropowatych pokrętłach. Hall nacisnął spust. Urządzenie zniknęło w obłoku metalowych cząsteczek.

– Dobry Boże! – Rozdygotany Hall usiadł, ocierając twarz. – Co za…?- Pomasował obolałe gardło. – Co za cholera!

A teraz Gemini:

– Tak, niedzielni turyści – mruknął zrzędliwie. Dopasował nowe szkiełko pod obiektyw. – Każdy z nich tylko czeka, żeby tu wparować, wyciąć w pień drzewa, rozdeptać kwiaty, napluć do jezior i spalić trawę. A nie ma tu nawet zasmarkanego wirusa przeziębienia, żeby ich…

Urwał wpół słowa. Głos dławił mu się w gardle.

Dławił się, ponieważ dwa okulary mikroskopu wygięły się nagle z nienaturalną płynnością, oplotły jego tchawicę i próbowały go udusić. Hall zaczął je z siebie zdzierać, ale wżerały się w jego krtań z bezdusznym uporem, a stalowe wypustki zaciskały się niczym zębate szczęki pułapki.

Ciskając mikroskopem o podłogę, zerwał się na równe nogi. Aparat pełzł już szybko w jego stronę, zahaczając się o jego łydkę. Hall odkopnął to cholerstwo drugą stopą i wyszarpnął z kabury blaster.

Mikroskop zaczął uciekać, sunąc przeraźliwie szybko na pokrętłach śruby zgrubnej niczym na zmutowanych odnóżach. Hall wypalił. Przedmiot zniknął w obłoku metalicznych drobin.

– Dobry Boże! – Hall opadł bezwładnie na krzesło, zlewając się zimnym potem i ocierając twarz. – Co tu się…? – Rozmasował obolałą krtań. – Co to, do diabła, było!

W wydaniach Rebisu przekład Tomasza Oljasza jest o niebo lepszy – to tłumaczenie jest po prostu dobre. Wydanie klubowe też jest dobre – o czym możecie przekonać się na poniższych zdjęciach „najdroższych” stron w mojej kolekcji.

Philip K. Dick „Kolonia” - pierwsza strona, portret autora

Philip K. Dick „Kolonia” – pierwsza strona, portret autora

Philip K. Dick „Kolonia” - druga strona

Philip K. Dick „Kolonia” – druga strona

Philip K. Dick „Kolonia” - trzecia strona

Philip K. Dick „Kolonia” – trzecia strona

Philip K. Dick „Kolonia” - czwarta strona

Philip K. Dick „Kolonia” – czwarta strona

Philip K. Dick „Kolonia” - piąta strona

Philip K. Dick „Kolonia” – piąta strona

Philip K. Dick „Kolonia” - ostatnia strona

Philip K. Dick „Kolonia” – ostatnia strona

Philip K. Dick „Kolonia” - czwarta strona okładki

Philip K. Dick „Kolonia” – czwarta strona okładki

W swoim wpisie poświęciłem sporo miejsca na kwestię tłumaczenia, gdyż w przypadku prozy Dicka ma ono duże znaczenie. Źle przetłumaczona Kolonia nie robi wrażenia – ot, ciekawy pomysł, żartobliwe zakończenie, którego czytelnik się i tak w pewnym momencie zaczyna domyślać.

A sam Dick tak w roku 1976 opowiadał o historii przedstawionej w Koloni[7]:

Absolutny szczyt paranoi nie polega na tym, że wszyscy są przeciwko tobie, ale że wszystko jest przeciwko tobie. Zamiast myśleć: „Mój szef spiskuje przeciwko mnie”, myślisz: „Telefon mojego szefa spiskuje przeciwko mnie”. Zresztą, nawet dla całkiem normalnego umysłu przedmioty i tak zdają się czasem posiadać własną wolę; nie robią tego, do czego zostały stworzone, wchodzą w drogę, stawiają nienaturalny opór wobec zmian. W tym opowiadaniu próbowałem wyobrazić sobie sytuację, która w racjonalny sposób tłumaczyłaby to złowrogie knucie przedmiotów przeciwko ludziom, bez zrzucania winy na jakikolwiek stan obłędu u samych bohaterów. Zgaduję, że żeby tego doświadczyć, trzeba by polecieć na inną planetę. Zakończenie tej historii to ostateczny triumf spiskującego przedmiotu nad niewinnymi ludźmi.

Ale czy tak naprawdę niewinnymi? I tradycyjnie – zapraszam do komentowania.


[1] https://katalogi.bn.org.pl/permalink/48OMNIS_NLOP/vratmb/alma991004097649705066

[2] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 79 i 215

[3] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 398

[4] Philip K. Dick, Kolonia, Białystok 1985, s. 3

[5] „Galaxy Magazine” 1953, vol. 6, no 3 (June), s. 142-143

[6] Philip K. Dick, Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 399

[7] The Best of Philip K. Dick, Ballantine Books, New York 1977, s. 447

0
komentarzy

mar 08

Robert A. Heinlein „Władcy marionetek”

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – okładka

Tytuł oryginału: The Puppet Masters

Rok wydania oryginału: 1951

Przekład: Agnieszka Sobkowska

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1986

Liczba stron: 196 (190 numerowanych)

Seria: Klasycy współczesnej SF # 7

Okładka książki oryginalnie jest czarno-biała – nie jest to bazarowa kserówka, chociaż i takie wersje tej powieści były – sam miałem jeden taki egzemplarz z miękką okładką z takiego samego papieru jak środek.

Książkę nadal można kupić na Allegro. Antykwariat Tezeusz sprzedaje ją za 47,04 zł, a prywatny sprzedawca z Łodzi za 79 zł. Ja prezentowany na zdjęciach egzemplarz kupiłem 15 lat temu razem z „Kawalerią kosmosu” za w sumie 24 zł. Był to okres, kiedy klubówki były tańsze niż książki z oficjalnego obiegu. Mam wrażenie, że w latach osiemdziesiątych tę książkę było trudniej kupić niż dzisiaj. Wtedy była uznawana za jedną z najlepszych powieści science fiction o inwazji obcych na Ziemię.[1]

W oficjalnym obiegu były jeszcze dwa wydania tej powieści, oba w przekładzie Anity Zuchory: w roku 1991 nakładem Phantom Press w serii Fantasy & SF i w roku 2007 nakładem wydawnictwa Solaris w serii Klasyka Science Fiction. To z 1991 roku mam do tej pory.

Wczoraj przeczytałem „Władców marionetek” po raz czwarty – pierwszy po trzydziestu latach. Zestarzeli się, ale dalej się ich dobrze czyta. Wiemy już, że Wenus dla kolonistów się nie nadaje, że komunizm w Rosji nie przetrwał, że na Tytanie nie może być wysoko rozwiniętej cywilizacji, ale książka dalej ma swój urok.

Może to się dzisiaj wydaje dziwne, że przeczytałem tę książkę cztery razy, ale w latach osiemdziesiątych dość powszechne było czytanie jednej książki kilkukrotnie. Było mało książek, książki nie były takimi kobyłami, jak dzisiaj i można było spokojnie trzy przeczytać w ciągu jednego dnia.

Czyli to może mnie różnić od dzisiejszego młodego pokolenia, ale to, że pisząc o książkach piszę o sobie mnie chyba do niego zbliża – bo jak mówi Justyna Jaworska, kulturoznawczyni, przewodnicząca jury Nagrody Literackiej Nike i wykładowczyni z UW: Dziś studenci uważają, że jeśli praca magisterska nie jest w jakimś stopniu o nich, to nie ma sensu.[2]

Akcja powieści wygląda pokrótce tak:

Latem 2007 roku Ziemia staje się celem ataku. Śluzowate istoty, przypominające ogromne nagie ślimaki, przylatują w latających spodkach i przyczepiają się do ludzkich pleców. Przejmują kontrolę nad układem nerwowym swoich ofiar i sterują nimi niczym marionetkami. Starzec, stojący na czele tajnej agencji bezpieczeństwa narodowego zwanej Sekcją, udaje się do Des Moines w stanie Iowa wraz z Samem i Mary – dwojgiem swoich najlepszych agentów. Oficjalnie badają doniesienia o pojawieniu się latającego spodka, lecz w rzeczywistości znacznie poważniejszym powodem ich przyjazdu jest zagadkowe zniknięcie sześciu agentów wysłanych tam wcześniej. Na miejscu odkrywają, że pasożyty stopniowo przejmują kontrolę nad całym Des Moines. Mimo powagi sytuacji nie potrafią jednak przekonać prezydenta Stanów Zjednoczonych do ogłoszenia stanu wyjątkowego.

Sam wraca do Des Moines z dwoma innymi agentami, aby zdobyć bardziej przekonujące dowody inwazji. Misja kończy się niepowodzeniem i zespół zmuszony jest do pospiesznej ucieczki. W powstałym zamieszaniu jeden z pasożytów przejmuje jednak kontrolę nad jednym z agentów. Po powrocie do Waszyngtonu grupa odkrywa intruza i udaje się go schwytać, lecz wkrótce potem stworzenie ucieka i przyczepia się do pleców Sama, wykorzystując jego wiedzę oraz umiejętności, aby bez trudu uciec.

Znajdując się pod obcą kontrolą, Sam wykorzystuje Konstytucyjny Klub – stowarzyszenie skupiające wielu wpływowych przedstawicieli politycznej elity miasta – aby zdobywać dla ślimaków nowych gospodarzy. Starzec w końcu pojmuje, co się dzieje, pojmuje Sama i przewozi go do nowej siedziby Sekcji. Później zmusza go, by ponownie pozwolił pasożytowi zawładnąć swoim ciałem. Pod wpływem narkotycznej hipnozy Sam ujawnia, że pasożyty pochodzą z Tytana, szóstego księżyca Saturna. Niedługo później Sekcja demaskuje kilku opętanych kongresmenów podczas posiedzenia Kongresu, co ostatecznie przekonuje parlamentarzystów, że Stany Zjednoczone rzeczywiście znalazły się pod atakiem. Uchwalone zostaje prawo nakazujące ludziom odsłaniać plecy, aby można było sprawdzić, czy nie noszą na nich pasożytów.

Armia przygotowuje kontratak w najbardziej opanowanych przez wroga regionach. Plan zakłada przejęcie większości ośrodków nadawczych i ujawnienie prawdy mieszkańcom. Sam jedzie samotnie do Kansas City i odkrywa, że niemal wszyscy mieszkańcy miasta są już opanowani przez „władców”. Wraca do Waszyngtonu zbyt późno, by powstrzymać operację. Akcja kończy się katastrofą – żołnierze wysłani na teren wroga zostają zabici lub schwytani przez pasożyty.

Sam i Mary otrzymują krótki urlop. Biorą ślub i spędzają szczęśliwy miesiąc miodowy, który zostaje jednak nagle przerwany przez pasożyta najwyraźniej polującego na Sama, by ponownie przejąć nad nim kontrolę. Po powrocie do pracy odkrywają, że nowe przepisy wymagają od ludzi niemal całkowitego rozebrania się – pasożyty nauczyły się bowiem przyczepiać także do innych części ciała. Wraz ze Starcem udają się do Pass Christian w stanie Missisipi, aby zbadać latający spodek, który uległ awarii podczas lądowania. Wewnątrz obcego statku Mary zostaje nagle zalana falą dawno wypartych wspomnień: jako dziecko przebywała na Wenus i wtedy właśnie została opętana przez jednego z obcych. Pasożyt ten zginął jednak na skutek „dziewięciodniowej gorączki” – śmiertelnej choroby występującej naturalnie na Wenus.

Kiedy okazuje się, że choroba zabija pasożyty szybciej niż ich ludzkich gospodarzy, władze decydują się na zastosowanie broni biologicznej. Na tereny zajęte przez wroga wypuszcza się zarażone małpy. „Władcy”przejmują nad nimi kontrolę, a następnie błyskawicznie przekazują sobie nawzajem śmiercionośną chorobę. Po kilku starannie obliczonych dniach tysiące ochotników zostaje zrzuconych na spadochronach, aby podać lekarstwo ludziom, których pasożyty już wyginęły. Sam i Starzec dołączają do tej akcji w Jefferson City w stanie Missouri.

W pewnym momencie Starzec zostaje opętany przez ostatniego zdrowego „władcę” w mieście. Chwyta Sama i ucieka powietrznym samochodem w kierunku Jukatanu, gdzie pasożyt zamierza rozpocząć od nowa podbój ludzkości. Samowi udaje się jednak go zabić rozbijając pojazd.

Kilka lat później Sam i Mary wsiadają na pokład statku kosmicznego „Mściel” zmierzającego ku Saturnowi, by przejść do ofensywy. Sam wyraża nadzieję, że uda się odnaleźć sposób na ocalenie drobnych, elfopodobnych istot – prawdziwych gospodarzy pasożytów – które zostały przez nie zniewolone.

Interesujące informacje na temat tej powieści można znaleźć w angielskiej wersji językowej Wikipedii. Otóż oryginalna wersja powieści Heinleina miała 96.000 słów, ale na potrzeby wydania została obcięta do 72.000 słów. Samo skrócenie powieści to jednak nie wszystko – wersja z lat pięćdziesiątych została obyczajowo i politycznie ocenzurowana. W wydaniu z 1951 roku wspomniano, że mężczyźni opanowani przez najeźdźców tracą wszelkie popędy seksualne i motyw ten odgrywa istotną rolę w początkowych partiach fabuły. Z oryginalnej wersji usunięto, że „władcy” z czasem odkrywają ludzką seksualność i zaczynają oddawać się dzikim orgiom, transmitowanym na żywo w telewizji na terenach pozostających pod ich kontrolą. W wydaniu z 1951 roku usunięto ponadto niektóre odniesienia do Związku Radzieckiego. Pełną wersję powieści opublikowano dopiero w roku 1990, czyli dwa lata po śmierci Heinleina.[3]

W wersji klubowej ani tej Phantom Press, którą również czytałem, żadnych orgii nie ma.

I jak zwykle na koniec – zdjęcia omawianej książki.

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – pierwsza strona

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – druga strona

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – strona tytułowa

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – strona redakcyjna

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – przedmowa

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – pierwsza strona opowieści

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – ostatnia strona opowieści

Władcy marionetek – grzbiet

Robert A. Heinlein Władcy marionetek – czwarta strona okładki

Jeśli chcecie się podzielić swoimi uwagami – dzielcie się.


[1] https://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=W%C5%82adcy_marionetek

[2] Sebastian Słowiński, Wykładowczyni z UW: Dziś studenci uważają, że jeśli praca magisterska nie jest w jakimś stopniu o nich, to nie ma sensu, „Gazeta Wyborcza. Magazyn Wyborczej” 2026, nr 48 z dnia 27.02.2026, https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,32499290,wykladowczyni-z-uw-dzis-studenci-uwazaja-ze-jesli-praca-magisterska.html

[3] https://en.wikipedia.org/wiki/The_Puppet_Masters

0
komentarzy

lut 28

Isaac Asimov „Fundacja”

Isaac Asimov Fundacja – okładka

Tytuł oryginału: Foundation

Rok wydania oryginału: 1951

Przekład: Robert Szmidt

Rok polskiego (klubowego) wydania: 1985 (ewentualnie 1984 – w trzech zeszytach[3])

Druk: RW/NOT B-k.  Zam. 124/85

Nakład: 100 egzemplarzy A5

Liczba stron: 196 (licząc również strony nienumerowane)

Seria: Wielki serie SF # 9 w „Historii przyszłości” I. Asimova[1]

ISBN: 83-00-01497-5

To, że książka ma numer ISBN, to prawdziwa rzadkość (ChatGPT podpowiada „to biały kruk wśród klubówek”). Ale ta ma i w katalogu Biblioteki Narodowej możemy znaleźć następujące szczegóły[2]:

Tytuł: Fundacja / Isaac Asimov; [przeł. z ang. Robert Szmidt].
Twórca: Asimov, Isaac (1920-1992); Szmidt, Robert Tłumaczenie
Tyt. oryg.: Foundation, 1979
Opis fizyczny: [2], 192, [2] s. ; 20 cm.
Wydawca: s.l. : s, n., (Białystok : Naczelna Organizacja Techniczna).
Data publikacji: 1985
Uwaga: Do użytku wew.-org. / Stanowi cz. 1 cyklu.
Forma i typ: Książki
Gatunek: Powieść amerykańska
Identyfikator: ISBN: 8300014975 / OCLC: (OCoLC)834024029
Bibliografia: UWD 1994/9574
UKD: 820(73)-3
Język: polski

Wydawnictwo Poznańskie

Spostrzegawczy zauważą tutaj inny rok wydania oryginału – 1979 – prawdopodobnie został tutaj podany rok wydania książki, z której Robert Szmidt tłumaczył powieść.

Tytułu nie trzeba czytelnikom przybliżać – to jedna z najważniejszych sag w historii science fiction. Powieść przeczytałem po raz pierwszy w roku 1987 w tłumaczeniu Andrzeja Jankowskiego – w książce wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie. Oczywiście, zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie i z niecierpliwością czekałem na wydanie kolejnych tomów tej sagi. Drugą część, jak pamiętam, przeczytałem od deski do deski zaraz, jak tylko trafiła do moich rąk. Druga część wydana przez Wydawnictwo Poznańskie nosiła tytuł Fundacja i Imperium, a w wersji klubówkowej Fundacja konta Imperium – skoro była klubówka, to będę jeszcze o niej pisać.

Tytułu nie trzeba czytelnikom przybliżać, ale, aby tradycji stało się zadość poniżej krótki opis fabuły:

Głównym bohaterem powieści jest Hari Seldon – genialny matematyk, twórca psychohistorii, nauki pozwalającej przewidywać zachowania wielkich zbiorowości ludzkich. W swojej analizie dowodzi on nieuchronnego upadku Imperium Galaktycznego oraz nadejścia trzydziestotysięcznego okresu chaosu i barbarzyństwa. Aby skrócić ten mroczny czas do zaledwie tysiąca lat, powołuje do życia projekt nazwany Fundacją.

Wraz z zespołem naukowców zostaje zesłany na odległą, peryferyjną planetę Terminus, gdzie oficjalnym celem ma być opracowanie Encyklopedii Galaktycznej – kompendium wiedzy, które przetrwa nadchodzący upadek cywilizacji. Z czasem okazuje się jednak, że encyklopedia jest jedynie zasłoną dymną, a prawdziwy plan Seldona zakłada znacznie bardziej ambitne przedsięwzięcie: stworzenie zalążka nowego Imperium, opartego na wiedzy i technologii.

Po śmierci Seldona Fundacja musi zmierzyć się z kolejnymi kryzysami – politycznymi, religijnymi i gospodarczymi. Otoczona przez prymitywniejsze, lecz agresywne królestwa, nie dysponuje flotą wojenną ani armią zdolną do bezpośredniej konfrontacji. Jej siłą staje się technologia atomowa oraz umiejętne wykorzystanie zależności ekonomicznych. Stopniowo Fundacja buduje swoją pozycję, najpierw jako ośrodek wiedzy, później jako centrum religijnego kultu „świętych” urządzeń, a wreszcie jako potęga handlowa.

Kolejne dziesięciolecia przynoszą rosnące napięcia oraz próby podważenia dominacji Fundacji. Każdy z kryzysów okazuje się jednak elementem większego planu, przewidzianego przez Seldona z niemal matematyczną precyzją. W tym właśnie tkwi siła tej opowieści – nie w efektownych bitwach kosmicznych, lecz w intelektualnej grze o przyszłość całej galaktyki.

Dzisiaj książka nie jest łatwo dostępna, raz na jakiś czas trafia się na Allegro, ale szybko znika. Rok temu (w styczniu 2025) jakiś zupełnie nieświadomy jej wartości sprzedawca wystawił ją za 45,85 zł.

Było też wydanie czerwono-białe z lakierowaną okładką, ale nigdy go nie miałem. Artur Nowakowski napisał, że tej wersji z „monochromatyczną pomarańczową” wyszło około 2000-3000 tysiące[3] – w co jednak trudno mi uwierzyć uwzględniając to, jak trudno ją dzisiaj kupić. Ale za to autor stronę wcześniej dzieli się z nami inną bardzo wartościową informacją – że w roku 1984 wyszła ta sama czarno-biała Fundacja w trzech zeszytach, na podstawie której w roku 1985 wyszło omawiane dzisiaj wydanie jednotomowe.[4]

Ostatnio Fundacja znowu cieszy się popularnością dzięki serialowi Apple.[5] Serial podchodzi do materiału źródłowego dość swobodnie – rozbudowuje wątki, dodaje nowe postacie, mocniej akcentuje warstwę wizualną i dramatyczną. Serial jest świetny, czekam na czwarty sezon.

I zgodnie z tradycją zdjęcia mojego egzemplarza, strona redakcyjna jest w książce na samym końcu:

Isaac Asimov Fundacja – pierwsza strona (nienumerowana)

Isaac Asimov Fundacja – strona tytułowa

Isaac Asimov Fundacja – pierwsza strona opowieści

Isaac Asimov Fundacja – ostatnia strona opowieści

Isaac Asimov Fundacja – strona redakcyjna

Fundacja – grzbiet

Isaac Asimov Fundacja – czwarta strona okładki

Jak zwykle – zapraszam do komentowania.


[1] Podaję za spisem zamieszczonym w „Kamyku na niebie” Isaaca Asimova – klubówce wydanej w serii w roku 1989. Fundacja w momencie wydania nie była częścią serii, została później do niej dopisana.

[2] https://katalogi.bn.org.pl/discovery/fulldisplay?docid=alma991000678189705066&context=L&vid=48OMNIS_NLOP:48OMNIS_NLOP

[3] Artur Nowakowski, Klubówkowe szaleństwo. Polski trzeci obieg w fantastyce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021, s. 172

[4] Ibidem, s. 171

[5] https://tv.apple.com/pl/show/fundacja/umc.cmc.5983fipzqbicvrve6jdfep4x3?l=pl

0
komentarzy